Jesienią

https://img2.goodfon.com/wallpaper/nbig/d/aa/makro-listik-listochek-listya-1174.jpg

A kiedyś ktoś mi powiedział, że nie mogę. I jeszcze dodał, że nie powinienem, że nie wypada, a jest wręcz niewskazane.

Jak się jest dzieciakiem to takie słowa brzęczą inaczej w głowie. Bo jak się jest dorosłym to jeden chuj – słyszałeś to już tyle razy, że po prostu poddajesz się rytmowi: albo obey na całego i przestajesz myśleć o łamaniu jakichkolwiek granic, albo rebel na całego i walisz głową w plastikową szybę dookoła, wmawiając sobie, że głowa jak polska husaria – ma szansę się przebić.

Ale jak się jest dzieckiem sytuacja jest trochę inna. Myślenie wciąż nie boli. Wciąż sprawia przyjemność wyobraźnia i jej owoce. Słuchanie o tym, że “potrzeba” i “nie wolno” przypomina trochę jęczenie sąsiadki z góry, która leży oparta na poduszkach, w oknie na pierwszym piętrze, i skrzeczy, że karty spadające na schody są za głośne i najlepiej gdybyśmy swoich matek spytali dlaczego jeszcze nie mamy zmian w kopalni, skoro mamy już całe 13 lat. Mój brat wraz z kilkorgiem znajomych tworzą właśnie jeden ze światów karcianek, a ja siedzę z boku i próbuję zrozumieć o co w tej grze chodzi, chociaż jednocześnie mój umysł wędruje po okolicznych polach, i zastanawiam się tylko co będzie moją zabawą na dziś. Brat komentuje skrzeczenie sąsiadki i jego koledzy ze śmiechem wtrącają swoje słowa, których na pierwszym piętrze już nie da się usłyszeć, bo odległość i wiek robią swoje.

Ale powiedziano mi, że nie wolno zaglądać przez okienko w korytarzyku do drugiej salki, gdzie siedziała druga grupa przedszkolaków. A ja stałem na krzesełku i patrzyłem co oni robią, co robi ta grupa za ścianą, której nie mogłem zobaczyć bez wchodzenia na krzesełko. Nie interesowały mnie zabawki w naszej salce, chociaż pani Saługa mówiła wyraźnie, że powinniśmy się nimi zająć i, że nam się spodobają. Lubiłem ją, traciła na nas głos, z każdym kolejnym dniem mówiła ciszej i słabiej, aż poszła na chwilową przerwę od uspokajania małych rozbrykańców, którym trudno przychodziło na myśl, że kalosze nie oznaczają przyzwolenia na skakanie w każdą kałużę. Więc kiedy wszyscy mieliśmy iść spać, albo jeść, albo się bawić – a czasem nawet się czegoś uczyć – ja wciąż myślałem o tym co jest za ścianą i co robi ta druga grupa. Jedynie wycieczki sprawiały, że odrywałem się na moment od tych rozmyślań, albo od kolejnej książeczki, i ubierałem w pośpiechu buty i kurtkę. “Nie tak szybko Krzysiu, nie śpiesz się” mówiła pani Saługa, albo może ta jej koleżanka, której imienia nie pomnę, ale ja nie słuchałem, bo już miałem trzewiki i kurtkę i czapkę, bylejak, byle szybciej i byle wyjść. Szliśmy między blokami, pod nogami skrzypiały rozpływające się kolorami jesieni liście i wszyscy szukali kasztanów. A ja szedłem z przodu i patrzyłem jak daleko pójdziemy, może aż do lasu? Albo na Rospontową? Tak, las na Rospontowej był jak miraż tego, co piękne i nieznane i był tam kopiec mrówek; większy nawet niż ja. I ta Rospontowa po dziś dzień kojarzy mi się z tymi wycieczkami, więc jak przyjechałem na chrzciny przed prawie dziesięcioma laty patrzyłem z kościoła za siebie na mały lasek, w którym moja siostra przesiadywała godzinami ze swoim pierwszym Damianem, a ja wagarowałem i piłem wina z Karoliną i innymi. A niewiele dalej, na jednym z drzew z ulicy Metalowców – takich prawdziwych, nie takich jak my: naznaczonych przez społeczeństwo, bośmy śmieli muzyki słuchać – na jednym z tamtych drzew w grudniu któregoś roku znaleźli Pajaka. Wisiał tam samotnie, bo człowiek zawsze umiera sam.

Powiedzieli mi, że nie wypada i nie wolno, bo jesteśmy tu po to, żeby współpracować z innymi ludźmi. I kiedy zaczynaliśmy lekcje w Salkach przy kościele i wszyscy uczyli się sylaby składać w kilka dźwięków i całe zdania, a te miały znaczenie i pokazywały nowe drogi rozumienia – ja i ktoś ze mną, siedzielismy w ławkach i czytaliśmy lekcje, które miały się zdarzyć już w styczniu czy w kwietniu nawet. Czytaliśmy kartka po kartce, aż pani Oczkowska wywoływała nas do czytania, a później strofowała, że nie wolno czytać całymi zdaniami, bo uczymy się sylab, a poza tym inni nie potrafią, wieć Krzyś przeczytaj raz jeszcze, ale sylabami i powoli, nie śpiesz się tak bardzo. Nie musisz być już teraz skończonym czytaczem, pozostaw sobie chwilę na marzenia o tym, czym słowo nigdy się nie stanie. A my jestesmy tylko pyłem przecież, nędznym powiewem w historii, któremu wydaje się, że wie i rozumie, a który trwa w maraźmie bezruchu. Bo tylko kilkoro z nas ma siłę, żeby powiedzieć, że ani rebel ani obey, bo to nic nie znaczy i o niczym nie świadczy. I oni tworzą słowa na nowo i myślą, a ich myśli nabierają znaczenia i zmieniają to co zastane i to co lubimy, albo może nawet nie lubimy. Ja na przykład nie lubiłem tego, że musiałem pytać o pozwolenie. ‘Mamo, mogę iść do szkoły sam? To przecież tylko kilka ulic, mamo. Mamo, mogę?’. ‘Mamo, w bibliotece chcą żebyś przyszła ze mną i powiedziała, że mogę się zapisać, ale musisz wziąć osobisty dowód, który potwierza, że jesteś moją mamą.“. “Mamo, a do babci będę mógł kiedyś sam pojechać?”, “Tato, a polece kiedyś samolotem?”, “Tato, a co jest po drugiej stronie tej rzeki? Mogę tam iść?” I tak najpierw sam szedłem do szkoły, do biblioteki, do Krakowa, samolotem, statkiem, autem. Nic nie przebije przyjemności, która wiążę się z nowością, z czymś niepoznanym.

Ciąglę słyszę, że mi nie wolno. I że powinienem, a ponad wszystko nie mogę robić tylu rzeczy, że aż potrzebuję dodatkowej siatki, poproszę. Najlepiej nie tej z plastiku jak pani ma, może być wielorazowa. Duża. Tak, dziękuję.

You may also like

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.