Potok myśli

Powietrze się tu nie mieści, ucieka z sykiem i świstem przez dziury i otwierane na przystankach drzwi. Szyby nieprzejrzyste, szyby szare i zaparowane – jeśli nie przejedziesz po nich palcami to najpewniej przeoczysz swój przystanek – i to nawet jeśli znasz tę trasę na pamięć. Ale nawet po przejechaniu przez nią palcami widzisz świat pięciu linijek, albo i czterech jeśli nie chciałeś użyć kciuka.

Do środka wchodzi mężczyzna w przeciwdeszczowym płaszczu – takim, który nie przepuści wody do wewnątrz, ale zapach na zewnątrz już tak. I tak siedzimy: ja, inni pasażerowie, ten pan w przecideszczowym płaszczu i gdzieś skulony na sąsiednim siedzeniu jego Zapach. Ten początkowo spokojnie siedzi i nie macha nogami, ale już po chwili nudzi mu się jedno miejsce i zaczyna się kręcić między siedzeniami, po wąskim korytarzyku między siedzeniami, odbija się od uchwytów i podchodzi aż do pani na otwieranym siedzonku, której nagle chce się podrapać po nosie i pozostawić tam rękę – niby jakąś osłonę przed tym rozbrykanym młodzieńcem. Między jej nogami mości się jej siatka z zakupami – warzywa w połyskującej, woskowej skórce prosto ze znanej i taniej sieci sklepów lokalnych, paczka hamburgerów do odgrzania w mikrofali, gdzie stracą resztki chemicznie tworzonego smaku i będą przyjemnie mlaskać gdy się je weźmie później do ust. Rozmawia więc ta pani przez telefon, z palcami przy ustach i nie widzi tego gdzie jedzie, bo jej siedzonko jest odwrócone tyłem do kierunku jazdy, a wszystkie szyby wciąż parują i nie planują odetchnąć – całym swym szybnym jestestwem pragną być nieprzejrzyste, żeby tylko wywieźć nas dalej, głębiej w miasto: tam gdzie pająki nie uciekają do domów przed zimnem, a bluszcz nie umie wzrastać po ścianie ceglanego domu. Jej palce nie przecierają szyby i nie może zobaczyć świata w cztery lub pięć pasków, szarego miru codzienności odrapanej z kolorytu i kwiecia drzewnego. Wodzi więc tylko wzrokiem po podłodze i po siatce, palcami wciąż to zatyka usta i drapie ich kąciki, niby niezauważalnie nozdrzami wciąga resztki tego utraconego powietrza, a spod tej jej palczanej maski spogląda na nią wciąż ten urwis, który przyszedł z panem w przecideszczowym płaszczu.

Patrzę na to wszystko, ale i moje oczy uciekają – lgną do szparki na oknie, która mi pozwala dostrzegać to co na zewnątrz, żebym nie zgubił się w drodze do celu, żebym nie musiał zmieniać trasy, albo i nadrabiać drogi – wychodzić w tę pluchę i ciamkać butami po chodniku. I chociaż buty mam przeciwdeszczowe i chociaż kurtkę mam całą ze skóry – chociaż nie swojej i nie wiem czy to prawdziwa skóra, czy może tylko udawana, której skóra została stworzona na potrzeby nazywania ją skórą, żeby czarno błyszczała na ulicach i dokazywała w oczy niezwolenników skórnej mody – więc chociaż cała jest ze skóry, a buty nie lubiące moknąć, to nie chcę wracać tędy znowu, bo wdepnę w ten jeden fragmencik chodnika, który się rusza i na buty chlapnie dużo wody znikąd, z podziemnych źródeł bodaj i cała ta woda mi na spodnie poleci, albo i na skarpety, i będzie ta woda moknąć mój powrót do celu, do destynacji dzisiejszej. A może nie chcę żadnej destynacji, może pragnę po prostu się poruszać, jak ci bieguni, którzy chcą tylko iść, żeby ich demony nie porwały i nie skonsumowały i nie pociągnęły za sobą w czeluść, otchłń beznadziei.

Spoglądam więc za cztery paski i myślę jak to ironiczne, bo trzy paski to przecież synonim błazenady lat mojego dzieciństwa, tego szkolnego, gdzie dres to były trzy kreski i każdy nosił Adidasy, ale nie z metką tej marki, ale nazywane przeróźnie – Adonisy, Adedisy; swoiste adi dąsy na znane marki, bo wymagają płatności. A dwa paski to za mało, z jednego paska ta szarość przecież nie przecieknie przez tę zaparowaną szybę, a poza tym jeden jest tak przeciętne, przecież lepiej przetrzeć szybę kilkoma palcami, będzie równomiernie, będzie tego więcej i nie będzie to liczba trzy. Ani dwa, a tym bardziej nie jeden. Cztery i więcej. A przecież tak lubię te dwie liczby: jeden i dwa; jeden brzmi tak szczególnie – zresztą dwa też, jeden jak ja sam, dwa jak ja i osoba, która mnie współtworzy, ten partner każdego z nas, ten który dopełnia równanie, jak oddychanie codziennością, jak rys artysty, który ma już w głowie rzeźbę, ale dopiero powoli ją konsumuje zmysłami i obserwuje, spogląda bez wstępnego przerażenia, już wie gdzie i kiedy dotknie dłuto tego kawałka materiału. Więc ta liczba dwa ma znaczenie, jest zarezerwowana – jak i liczba jeden.

Obok mnie dziewczyna wygląda jakby nie chciała nic więcej ponad zniknięcie pod kurtką, którą trzymała na kolanach. Opatuliła się nią, wsunęła tam palce i ręcę i wyciągała je w tej dziwnej pozie, a jej ciało powoli wsiąkało pod kaptur i rękaw i połę całą, aż spoglądałem na jej miejsce zaskoczony, bo zsunęła się zupełnie i jej już nie widziałem, nie miałem jej obecności na ramieniu, gdzie to uczucie obcej osoby tuż obok, kilku centymetrowa dziura, która wypełnia się Wrażeniem i mości i wysyła sygnały do umysłu, jakby dzwoniła na telefon alarmowy i mówiła, że ‘tutaj ktoś jest, czujesz, widzisz, wiesz, nie dotykaj, nie odsuwaj się, nie powinieneś, to tylko inna osoba, nie, nie; nie rób tego, siedź sztywno’. Ale jej ramię lekko drgnęło i znowu tam siedziała, próbowała znów wsiąknąć pod płaszcz, a ja już wiedziałem, że to tylko trick i ona tam jest, chociaż chciałaby nie być; chciałaby zniknąć.

A powietrze wciąż nie odnalazło sobie miejsca – mam wrażenie, że na górze też każdy skrawek zajęty, więc wychodzi drzwiami frontowymi na przystanku, a wiatr je wwiewa z powrotem do wnętrza, więc gdy drzwi się zamykają to skonsternowane rusza przed siebie między siedzeniami, próbuje znaleźć sobie wolne krzesło, albo chociaż skrawek przestrzeni, taki gdzie będzie mogło sobie być; po prostu być i trwać. Zapach, który wrócił już na miejsce obok pana z przecideszczową kurtką, wstaje powoli i mówi, żeby powietrze się rozgościło, po czym rusza do drzwi, a za nim pan z przecideszczową kurtką – wychodzą razem na przystanku, a powietrze patrzy za nimi przez pięciopasiastą szparę i widać po nim, że pragnie też wyjść. I mieć takie przyjaciela jak pan z przecideszczową kurtką ma w Zapachu.

I ja wysiadam na kolejnym przystanku, bo świat w kilka pasków przeraził mnie, a brak powietrza zdeprymował. I pani z siatką też wysiada, ale najpierw siatkę zrzuca na chodnik tuż przy drzwiach i chwyta parasol, bo cieknie jej na osobowość wodą i jej mokro w istnienie. A ja wstrzymany w pół kroku, unieruchomiony jak spiżowy pomnik i trwam jak u Horacego, trwam tą wieczną chwilę między progiem i chodnikiem, gdzie pani dalej nieruchoma, zszokowana wodą z nieba, a za mną inni pasażerowie patrzą i czekają, niby wieczność całą, ale czym jest wieczność jak nie chwilą?

You may also like

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.