Kawa

Medellin

Papierosa? – pyta – Gumę? Kokainę? Colę? Nie mam ochoty na żadne z wymienionych, kręcę więc tylko głową i wzruszam ramionami, gdy chłopak wyciąga ręce po drobne. Chłopak sięga na swoją tacę, która opiera mu się na klatce piersiowej i wyciąga paczkę papierosów, pokazuje mi paczkę i kontynuuje: najlepsze – Marlboro! Uśmiecham się i kręcę głową, po czym opuszczam wzrok na klawiaturę. Siedzę z laptopem i popijam czarną kawę przy jednym ze stoliczków wystawionych na boczną uliczkę hipsterskiej stolicy Kolumbii – dzielnicy El Poblado w Medellin. Dookoła poubierani w dobre garnitury i drogie koszule, rozsiedli się lokalni biznesmeni dyskutujący projekty reklamowe swoich firm. Uśmiecham się po raz kolejny słysząc o efektywności jakiegoś narzędzia reklamowego, sięgam do plecaka i wyciągam słuchawki. Potrzebuje się odciąć, od wielu tygodni nie potrafię napisać nawet dwóch stron tekstu naraz. Ogrom doświadczeń i prokrastynacja podróżnicza sprawiają, że zamiast postępu w odnajdywaniu nowych kombinacji słów, znajduje coraz to nowsze sposoby na niepisanie. Muzeum Sztuki Współczesnej, Zamek w Medellin, plantacja kawy – w taki sposób będziesz pracować za kilka tygodni w centralnej Kolumbii; plantacja koki – ale nie, już nie działa; kiedyś tu była i pracowali tam ludzie od nas z wioski. Innym razem spaceruję po bezdrożach wybrzeża atlantyckiego, zagajam do siedzących przy małym markeciku dziewczyn.
Powiedzcie mi prosze czy jak będę szedł w tą stronę to znajdę jakąś sodę? Soda to latynoskie słowo oznaczające małą jadłodajnię, w której za niewiele ponad dolara da się zjeść dobre i spore lokalne potrawy. Daleko, ale jest. Jakieś kilkadziesiąt minut na nogach, lepiej wziąć mototaxi – mówią. Rozmawiamy jeszcze przez chwile, pytają mnie skąd jestem i gdzie nauczyłem się hiszpańskiego. Na ulicach centralnej Ameryki odpowiadam i znów muszę tłumaczyć, że tak naprawdę to powinienem znać ten język dużo lepiej po takim czasie. Zasypują mnie pytaniami o Polskę, o Anglię, o Europę. Zbyt często w tym rozgardiaszu podróżniczym zapominam o tym, że dla niektórych tubylców nasza wizyta jest równie egzotyczną jak dla nas ten obszar świata. Wysłuchuję zatem pytań i odpowiadam, opisując Londyn, zachwycając się Barceloną i Krakowem. Któregoś dnia pojadę zobaczyć Waszego smoka śmieje się jedna z dziewczyn. Obie uciekły z Wenezueli, jadą do Cartageny, skąd mają nadzieję odpłynąć do Panamy i iść dalej, aż do Stanów. Jedna z nich ma ciotkę w Meksyku, ona im zapewni wszystko – od opieki na początku drogi, aż po nielegalne przekroczenie granicy. Druga zna dwóch facetów, którzy chcą wziąć fikcyjny ślub, więc u ciotki w Meksyku jest odpowiednio dużo pieniędzy żeby przeprowadzić całą operację. Dziewczyny mogłyby polecieć, ale nie chcą wydawać tak dużo w obliczu wydatków, które czekają je w północnej części kontynentu. Jadą więc autobusem do Cartageny, stamtąd popłyną do Panamy, skąd wezmą samolot do Cancun.
Uciekają nawet bogatsi.
Ostatni łyk kawy, dopijam szklankę wody i zamykam laptopa. Powoli słowa wracają na miejsce. Czuję ich ruch, szum ich dyskusji, rozgardiasz w głowie powoli się rozkręca. Lubię ten stan.



You may also like

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.