Szyk i fobie

Spider City

Wyganiają mnie z mojego własnego mieszkania! Kazali mi je sprzedać, wykupują wszystkie w tym budynku. Dlatego musiałem zmienić miejsce i przeprowadzić się do kolegi, od niego wynajmę na początek’ mówi przyjezdny. Jest nim od lat, kiedyś inżynierował, a dziś śmierdzi wódką. Przyjechał z myślą o lepszym życiu. Rodziny w mieszkaniu nie widać: nie ma zdjęć, nie ma wspomnień. Dopiero później się przyzna, że córka to znana modelka ‘No pokaż im, pokaż smsy od Marty. No zobaczą, bo nie wierzą. No weź pokaż. Obie tam są!’ namawia bratanica lub siostrzenica, która pojawiła się w połowie dnia. U niej też później będziemy, zabierzemy z domu stolik w kształcie tygrysa ze stylową prętką na ciele. Wyjdziemy z mieszkania z myślą, że więcej papierosów w tym tygodniu nie będzie nikt z ekipy potrzebował. Napaliliśmy się w 10 minut wystarczająco; mam wrażenie, że to co wydycham ma mniej CO2 niż stężenie tego co zastaliśmy w pokoju. Tygrys stanie przy śmietniku pilnując kilku innych szpargałów z tych dwóch mieszkań.

Tymczasem szybko wychodzę z mieszkania i staję przed blokiem, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Kręci mi się w głowie, nie mogę  wytrzymać w żadnym z tych mieszkań dłużej niż kilka minut. Tymczasem przyjezdny poklepuje się po pokaźnym brzuchu i mówi Tu jest sporo naszych i Rusków, Serbów też. Nie ma Czornych, nie ma Meksyków – nikt nie kradnie i jest spokojnie. Bo tu w Czikago pełno ich, strach mieszkać w innych miejscach. Tu na norcie jest okej – sami swoi’. Rozglądam się po osiedlu na którym śmieci wysypują się z kontenera, a na parkingu stoją zdezelowane samochody wspominające nie tylko poprzedni wiek, ale i czasy przed moim urodzeniem. Mam wrażenie, że część z nich mogłaby spokojnie odnaleźć się u Flinstonów. Schody na klatce są drewniane, ale zalano je betonem z boków, żeby się lepiej trzymały. Na ścianach dziury, ściany zabrudzone dymem nikotynowym, upływem lat i ksenofobicznymi esktrementami sublokatorów. W budynku roznoszą się dźwięki przaśnej muzyki wschodnioeuropejskiej, na balkonie obok słyszalne są krzyki rodzinne – ojciec wrzeszczy, matka odwrzaskuje, dziecko wygląda z balkonu ze smutną miną. Rozglądam się dookoła i kiwam głową. ‘Bo już na południe pojedziesz, kawałek dalej i wszędzie jest czorno. Dosłownie wszędzie. A sami wiecie jak to jest – jak czorno to i kradną, i człowiek się bezpieczny nie czuje’. Kiwam głową po raz kolejny, obserwując jak powietrze w jego mieszkaniu powoli rozmazuje się w przewiewie korytarza.


Kilka dni wcześniej wjeżdżamy w uliczki południowego Chicago. Jedziemy długą aleją pośrodku której rosną drzewa. Po obu stronach drogi stoją chatki dawnych pracowników fizycznych, którzy przenieśli się tutaj w dawnych czasach z dalekiego południa. Ulica nosi nazwę dr Martina Luthera Kinga, mało spacerujących, mało samochodów, jeszcze mniej ludzi widocznych na gankach domów. Dzielnicę tę nazywa się domem bluesa chicagowskiego, w powietrzu unosi się smak i zapach tej muzyki. Można przymknąć oczy i wyobrazić sobie jak kiedyś na drewnianych schodkach z tyłu kamienic siadywały całe rodziny i śpiewały i tupały, dopóki zmęczenie nie wzięło góry i nie trzeba było spać, bo rano znów do fabryki i na obsługę windy. Gdzieniegdzie wciąż można spotkać ludzi siedzących na schodkach, a po ulicach rozchodzi się zapach pieczonego kurczaka, ale kolorowe domki utraciły jednak swój koloryt. Dziś już tylko smętnie oczekują na swój los. Co trzeci-czwarty dom leżą opustoszałe działki, przez co człowiek ma wrażenie, że wyjechał już z miasta i dotarł gdzieś, gdzie ziemia i przestrzeń nie ma już aż takiego znaczenia. ‘W tych miejscach wypalili stare budynki. Tak oni robili, wiesz. Palili budynki, gangsterka’ mówią moi towarzysze. Sprawdziłem i rzeczywiście, gros z tych budynków spaliło się na przestrzeni ostatnich kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat. Znany obrazek w tym mieście – dzielnice upadają tak nisko, że ostatni zdrowi ludzie uciekają z nich, opłakując domy swoich ojców i matek. Uciekają w nowe miejsca, a stare powoli marnieją i umierają. Później jeden z drugim ryzykantem znajduje swoją żyłę złota – puste działki, odrapane kamienice, budynki z tynku i ołowiu. Po jednym następuje i drugi, później otwiera się pierwsza kawiarnia i pierwszy sklep z ciuchami. Dawny slums staje się centrum gentryfikacyjnej rewolucji. Na ulicę doktora Kinga zmiana dociera powoli. Pierwsze domy mają nowych właścicieli, na ścianach wielu budynków tablice informujące o remoncie. Niedaleko metra jedna z takich tablic na budynku przypominającym magazyn zachęca do wpłat na budowę cenrum wiedzy o tej części Chicago. Zdjęcia znanych bluesmanów: okoliczne domki w czarni i bieli z zadbanymi, acz biednymi lokatorami początku wieku. Widać, że ktoś chce zmiany i stara się powoli ją wprowadzać. A jednak, ostrzegają mnie, że ta dzielnica jest zła i nie powinienem tam przebywać. Kiedy więc kilka tygodni później zjawiam się na alei dr Kinga, rozglądam się z uwagą i zastanawiam czy wyczuję różnicę  względem tych zadbanych dzielnic podmiejskich, w których sąsiadują Polacy i Amerykani, Włosi i Rosjanie; na których podjazdach stoją dobre samochody, a z tylu dobiegają odgłosy kolejnego barbecue. A może będzie tak jak w dzielnicach, w których dominują nielegalni, którzy od kilkudziesięciu lat szukają szczęścia i social security number, którym wystarczy napitek i pościel, żeby czuć namiastkę szczęścia? Czy będzie tak jak w tej kamienicy, przed którą stał cmentarz połatanych Toyot i amerykańskich krążowników? Spaceruję myśląc o Londynie, w którym dzielnice jawnie się odgrodziły, w którym spacerujący po bruku poznać może zapachem i podeszwą buta w jakim miejscu miasta się znajduje. Tutaj, w stolicy wschodnioeuropejskiej emigracji, północ i południe wciąż zderzają się wzrokiem. Jedni winią drugich za przeszłość i teraźniejszość, drudzy bojąc się pierwszych z mediów, z mniejszości i bandyterki. Tutaj kolor wciąż na znaczenie, tutaj ucieleśniła się współczesna Ameryka konfliktów. Szyk tego miasta to garnitur dwurzędowy z łatami na łokciach. To fobie codzienności, obawa przed ryzykiem, ale też pęd po pieniądz. To odraza życia i poszukiwanie szczęścia w zamkniętych ścianach jednego z najbardziej rozległych skupisk miejskich Ameryki Północnej.





You may also like

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.