Zbitek myśli z Kalifornii

To stereotypowa restauracja amerykańska. Długi bar, przy którym pojedyńcze osoby gawędzą z kelnerkami, kucharze z Rosji i Meksyku wymieniają się uwagami na temat przygotowywanych potraw. Co chwile ktoś wchodzi i wychodzi. Prawie wszystkie stoliki sa zajęte, więc siadam przy barze i pije – z dolewką – czarną kawę. Obok mnie starszy pan czyta lokalna gazetę, obok niego niedojedzony cheeseburger z frytkami i pomięta serwetka. Niektórzy ludzie rozmawiają, ale większość dba o czystość ekranu swojej komórki. Przeszedłem kilkanaście kilometrów wzdłuż San Diego Bay i spotkałem ledwie garstkę ludzie bez telefonu w ręce. Łykam kawę i wyciągam komórkę, żeby spisać kilka myśli. Podobno codziennie sprawdzamy ekran tego urządzenia ponad sto razy. Każdorazowo zajmuje to co najmniej kilka sekund. Kilka sekund bezmyślnego odruchu – wyciągnąć telefon z kieszeni, odblokować, spojrzeć na godzinę i ilośc nowych powiadomień. Zablokować, włożyć do kieszeni – to kilka lub kilkanaście sekund życia. Pomnóżmy to razy kilkadziesiąt lub kilkaset, w zależności od tego ile razy sprawdzimy dziennie status ekranu. 5 sekund, 120 razy dziennie? 10 minut. A 10 sekund? Już 20. 20 minut dziennie marnowane na ekran pieprzonego telefonu. Tygodniowo to prawie 2.5 godziny, miesięcznie prawie 10 godzin. Rocznie 120 godzin. 5 dni. Kurwa, 5 dni rocznie na sprawdzenie ekranu telefonu. Frustrujące jest to, że sam jestem tego zarówno świadkiem jak i wyznawcą. Sam sprawdzam ekran co chwilę, chociaż bardzo staram się zmienić ten nawyk. Chowam więc telefon z notatkami do kieszeni, wyciągam trzy dolary i zostawiam na ladzie. ‘Dziękuje Jane. Wiesz może jak stąd dojść na Old Town?’ pytam, żeby nie wyciągnąć telefonu i nie sprawdzić mapy. ‘To tuż obok, przejdź na drugą stronę ulicy i za stacją transportową znajdziesz wejście.’. Uśmiecham się na pożegnanie i wychodzę, czapka na głowie i okulary na nos. Skóra mi schodzi od tego ukropu. Cudowne uczucie.

Stare miasto w San Diego to najstarsza europejska osiadłość w tej części północnej Ameryki. Rzecz jasna starsze są zarówno Granada jak i Leon w obecnej Nikaragui, ale na północ od dawnych osiadłości hiszpańskich centrum stanowiło właśnie San Diego. Dziś to turystyczne eldorado – kilkadziesiąt budynków żywcem przeniesionych z czasów wielkiej ekspansji amerykańskiej. Meksyk i Dziki Zachód w jednym, studenci poprzebierani w stroje z XVIII i XIX wieku witają turystów w małych muzeach, sklepikach z piwem korzennym i suszoną wołowiną, w stajni widać stare wozy i lejce, których używali kowboje przed laty. Atsmofera senna, rodzinna. Mijam puszystą parę w średnim wieku, którzy nie chcą wejść na piętro ze względu na schody. Dwie Koreanki robią sobie zdjęcie ze starym siodłem, młody Kalifornijczyk w długich blond włosach, czapeczce z daszkiem i okularami przeciwsłonecznymi pali skręta i opowiada o historii tego miejsca swojej koleżance, równie kalifornijskiej – z długimi blond włosami, białym uśmiechem, opaloną skórą i podkoszulką z Sunday Funday w San Juan del Sur. Uśmiecham się do nich i zagajam, mówiąc, że mieszkałem tam przez kilka miesięcy. ‘Ale super stary, my byliśmy tam pół roku temu. Zajebista impreza!’. Chwilę rozmawiamy, po czym zawracam i kieruję się do Parku Balboa. To podobno jeden z najładniejszych parków miejskich w tej części Stanów.

Widok z 22 piętra w Downtown San Diego.

Trzydzieści lat już niedługo.

Dalej jestem dużym dzieckiem, dalej nieustatkowanym i zagubionym w niedecyzyjności. Wciąż nie mam doktoratu, do miliona brakuje mi okrągłego miliona, a sylwetka przypomina bardziej obecnego (brazylijskiego) Ronaldo niż obecnego Cristiano Ronaldo. Nie robię kariery w korporacji, nie mam domku na przedmieściach, ani przestronnego mieszkania w centrum miasta. Nie mieszkam w Krakowie, w Barcelonie, ani w Londynie. Nie chadzam do dobrych piwiarni i nie pije wytwornych ip i ap. Nie popijam wina z drogich kieliszków czytając z partnerką wieczorami, nie wygrywam w totolotka. Nie mam syna, ani córki. Nie mam własnej firmy, inwestycji ani kapitału. Nie odkładam na emeryturę. Nie rzuciłem alkoholu, chociaż wciąż piję tylko piwo. Wciąż nie biorę narkotyków, wciąż nie palę zioła. O sylwetkę dbam kiedy sobie o tym przypomnę, ale nieregularny tryb życia i milion zewnętrznych bodźców sprawia, że nie wytrzymuję w rygorze dłużej niż kilka tygodni.

I zawsze sobie powtarzam, że kolejnym razem będzie już na serio. Tworzę plany, najczęściej w głowie, ale też czasami spisane. Chwytam pisak i kreślę po kartce w przypływie weny i tworzę skomplikowane plany mojej przyszłości i niedalekiej teraźniejszości. Wiem, że będę milionerem i zrobię ten doktorat. Opublikuje coś w końcu, bo dawno nic nie poszło w świat. Znowu będę zarabiał normalne pieniądze, ułożę i zrealizuję kilka planów. Nie będę notorycznie w podróży i odwiedzę przyjaciół, znajomych i rodzinę. Posiedzę w angielskich górach, pogrilluję z mamą na ogródku i posiedzę z chłopakami w krakowskich pubach po godzinach. Zamówię ipę i apę, dorzucę lagera. A co tam, zamówię też drinka. Może kupię samochód, chociaż prędzej wsiądę na rower. Spróbuję jak to jest mieszkać w jednym miejscu kilka albo nawet kilkanaście miesięcy. Uda mi się napisać książkę, a może nawet ją opublikować. Będę jadł zdrowo i regularnie, spał w konkretnych godzinach i oddychał jak sam Iceman.

Moje życie nie będzie tylko o podróżach.

Jestem z pokolenia niezdecydowania. Mam wrażenie, że my – ludzie z tego pokolenia – staramy się minimalizować ilość podejmowanych decyzji, bo nas to frustruje. Czujemy, że alternatywy się mnożą, z każdą chwilą jest ich więcej i więcej, ale z każda nową możliwością pojawia sie też wiecej wątpliwości. Stoimy i słuchamy brzęczenia różnych opcji, staramy się ważyć opinie a i tak histerycznie rzucamy się w przypadkowe strony.

Mam wrażenie, że jestem z pokolenia, które notorycznie przegrywa. Mam wrażenie, że trwamy od porażki do porażki. Traktujemy sie jak króliki doswiadczalne, sprawdzając ile jesteśmy w stanie przetrwać. Wiążemy sie w związki bez przyszłości, rzucamy w sidła nielubianych prac i obowiązków. Zamartwiamy sie codziennością, wierząc, ze jutro będzie lepsze. Jesteśmy post-produktem zmian cywilizacyjnych. Próbujemy sie wtopić w ten świat, ale rozkładamy sie jak plastik – za wolno, nienaturalnie, aż powstanie jakaś nowa bakteria, która nas skonsumuje.

Moją bakterią są podróże, czuję się trawiony myślą o wyjeździe. Codziennie chwytam się nowego – nie dlatego, że tego wymaga sytuacja, ale dlatego, że czuję nieodpartą chęć – a wręcz potrzebę – próbowania czegoś nowego. Odkąd wyprowadziłem się z domu rodzinnego mieszkałem co najmniej 2 miesiące w 6 państwach, w 11 miastach na dwóch-i-pół kontynentach. Próbowałem być w korporacji, w wolnym zawodzie. Byłem barmanem, pracownikiem magazynów, mediowcem i strategiem. Sprzedawcą i trimmerem. Recepcjonistą i pracownikiem fabryki plastiku. Pracowałem przy budowie i jako stróż nocny. I odwiedziłem 41 państw świata. Według Internetu to 19% państw świata. Nie jestem milionerem, nie mam domu i drzewa, syna ani córki. Nie udało mi się tak wiele sposród tych znanych i cenionych celów młodego człowieka. Ale wiecie co? Cholernie lubie swoje życie. Robię to, co robili ludzie, którzy podziwiałem jako dzieciak. Jestem szczęśliwy codziennie poznajać nowe miejsca i ludzi. Cieszę się tym, że nie muszę mieć telefonu w łapie 90% dnia. To trudne życie, cholernie trudne. Nie daje tak wiele satysfakcji jak możnaby zakładać, ale te momenty, kiedy czujesz wiatr na twarzy po kilkudziesięciu kilometrach na nogach w nowym miejscu na mapie świata, oglądasz gwiazdy nad Pacyfikiem, a gdzieś po lewej gorzeje miasto-granica, którą przekroczyłeś ledwie tydzień temu … to uczucie daje wiele satysfakcji. Coraz cześciej zastanawiam sie nad tym jak będzie wyglądało to moje pokolenie za 10 lat. Ilu spośród moich znajomych juz teraz zrezygnowało z idealnych karier i zaszylo sie na wioskach, sprzedając kwiaty, budując domy i pracując w przypadkowych miejscach. Ilu z nich wrzuciło wsteczny bieg, zaparkowało gdzieś miedzy miastami i wyrzuciło kluczyki na pobocze. Codziennie spotykam ludzi, którzy opuszczali swoje pielesze i rzucali sie w wir reklamowanej codzienności. Ich codzienność to ósma do dziewiętnastej, poniedziałek do piątku i impreza na weekend. To kwiatek kupiony w kwiaciarni raz na miesiąc i odświeżenie mieszkania raz na piec lat. To wywczas nad morzem, gdzie brak miejsca na oddech, ale nie trzeba niczego planować. Codzienne gnanie na zbity pysk, bo ktoś gdzieś musi ten pysk nadstawić. Codzienność rozumiana jako choroba. Ilu z nich znajdzie spokój i szczęście w codzienności rozumianej inaczej?

You may also like

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.