Kostarykańczyk

– Pierwszy raz jak pojechałem do Stanów to dostałem pół roku. Pół roku! Bo wsiadłem i miałem kilka piw za sobą. Tutaj mogę jechać na bani, mogę mieć i promil i nikt nie zareaguje. A jak zareaguje to siup – 40 dolarów i już sprawa załatwiona. Albo 200 dolarów i mnie tu nie było. A tam byłem drugi raz i dostałem znów pół roku. I jak mnie złapał, to mu daję 200 dolarów i mówię, żeby sprawę załatwić. Ten na mnie patrzy i mi mówi, żebym uważnie przemyślał swoje słowa i czy oby na pewno oferuje mu łapówkę. No to mu mówię, że no przecież, po to wyciągnąłem te 200 dolców. A on mi na to, żebym przemyślał czy na pewno chce przekupić urzędnika. No kurwa, przecież dalej mówię po angielsku – bierz te 200 dolców i spierdalaj, mu mówię. A on mi na to łap, kajdanki na nadgarstkach i rzuca mnie na maskę. Pół roku. Więc trzeci raz nie pojadę. Pieprzyć Stany, teraz jestem z Kostaryki. Dasz może łyka? Nie, nie chcę całego. Albo dobra, dzięki. A cygareta też masz? Dobra, coś znajdę.

Pytam go co robi tutaj w Nikaragui. To, mimo wszystko, daleko od jego domu w Kostaryce. Widuję go codziennie od trzech miesięcy.

– Czekam na kasę, stary. Mieli mi wysłać już dawno, ale to nie jest proste tutaj, w Nikaragui. W Kostaryce to szybko działa. Chcesz pieniądze – masz pieniądze. Do Stanów wrócić nie mogę, bo mi grozi kolejne pół roku, więc im powiedziałem, że taki chuj – ja nie wracam. Ekstradycji stąd nie ma. Kasa przyjdzie niedługo i będę mógł wrócić. Ja pracuję w Panamie, wiesz. W kasynie. Znasz? Wiesz co to za kasyno? To ‘kolumbijskie’ kasyno. I ja tam pracuję. Nie pytaj co tam robię, ale możesz się domyślić (robi chwilę przerwy na odpalenie papierosa, którego dał mu przechodzący turysta. Zaciąga się i wraca do tematu) możesz się domyślić, że chodzi o to (pociąga nosem i zaśmiewa się ochrypłym głosem). Więc ja wiem dużo co tu sie dzieje. Poczekaj, mam interes. Zaraz wracam.

Idzie na środek parku, za nim ciągnie się dwójka Izraelskich turystów. Chwila rozmowy, z ręki do ręki przechodzi mały woreczek i szybkie pieniądze. Chłopaki podchodzą i proszą o zdjęcie, chcą mieć kawałek Granady na telefonie. Ochrypły głos wraca i kontynuuje.

– Przyjechałem do Kostaryki w 2000 roku. To był inny kraj, inny. Ale tam jest życie, stary. Tam życie jest ko-lo-ro-we (akcentuje bardzo wyraźnie). I możesz jechać i nikt Ci nie powie, że nie możesz pić. Przyjechałem tutaj się nauczyć hiszpańskiego, bo tam się nie da. Mieszkałem w Kostaryce 18 lat i nigdy nie był mi potrzebny. Nigdy! Mam kobietę, rozmawiamy po angielsku. Tutaj miałem szansę się nauczyć w końcu tego języka. I to tylko 200 dolarów. Tam zapłaciłbym kilkanaście razy więcej. I to osiem godzin dziennie, uczysz się, a później możesz żyć. Tylko teraz kasy nie mam, żeby wrócić. Muszę wrócić. Kobieta jest, czeka.

Więc i ja mu życzę powrotu. Żeby kasa była. No i żeby nie musiał jechać do Stanów. I żeby ten hiszpański w końcu opanował. Bo przecież w Kostaryce go nie potrzebuje, ale może się przyda?

You may also like

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *