Rynek i socjalizm, czyli Chiapas w praktyce

Amigo, wiesz może, jak dotrzeć do wodospadów Roberto Barrios?’ rzuciłem do chłopaka za barem po zapłaceniu rachunku. ‘Jakich?’ odpowiedział głośno i odszedł, spoglądając na mnie spod byka. Zdziwiłem się trochę, ale stwierdziłem, że mój hiszpański znowu był niezrozumiały dla tubylca, więc w głowie powtórzyłem sobie jeszcze raz co chce powiedzieć. Po chwili chłopak podszedł z powrotem, odciągnął mnie na bok i rzucił ‘idź tam’ – wskazał kierunek – ‘skręć w prawo za kilka przecznic’. Po kilku minutach podszedł do mnie ponownie i cicho wyciągnął mnie na bok, gdzie powiedział ‘musisz mi wybaczyć, wiem oczywiście co to za wodospady. To jest centrum zapatismo, sam środek ich ideologii. Tutaj nie każdy się z nimi zgadza, rozumiesz mnie?’.

Rozumiem. Przez ostatnie kilka dni napatrzyłem się na to, jak wygląda zapatyzm w południowym Meksyku. Stara zasada ‘z nami lub przeciwko nam’ ma tutaj spore powodzenie. W miastach i na wsiach pełno jest znaków poparcia dla zaptystów, można nawet spotkać znaki informujące, że dane terytorium jest pod pełną kontrolą (militarną) tego ugrupowania. Problem pojawia się, gdy gdzieś w Chiapas ktoś nie zgadza się czy to z polityką czy wizją tego nurtu. ‘Zapatyści uważają, że powinniśmy postawić tylko i wyłącznie na sprawę indiańską i nie zgadzać się na liberalną politykę rządu centralnego. A przecież turystyka sprawiła, że ten region zaczął odżywać’ mówi Sal, właściciel jednego z hosteli na południu Meksyku. ‘Każdego kto myśli inaczej traktuje się jak odmieńca’ dodaje.

Południe Meksyku to prawdziwy przedsmak Centralnej Ameryki. O ile w stolicy można jeszcze odczuć zachodni styl życia – szczególnie w regionach biznesowych – o tyle w Chiapas czy Tabasco na każdej ulicy piętrzą się typowe dla regionu stroje, muzyka buja rytmem zatłoczonych marketów, a wszystko zagryzane jest tanim i pysznym tacos. W oczy rzuca się też typowe dla tego regionu zanieczyszczenie w miastach. Stare ciężarówki przepychają się wąskimi uliczkami, trabiąc i dusząc dymem z rozpadających się silników, a tuż obok nich przelatują ropiejące tuk-tuki i stare pickupy. Między nimi przepychają się sprzedawcy tacos, którzy cały swój rynkowy dobytek przewożą rowerem z pobliskich wiosek. Gringos płacą za tacos więcej niż w nieturystycznych miejscach, czasami i dziesięć razy więcej. Monika, która mieszka w San Cristobal de las Casas od kilku lat mówi wprost: ‘Tutaj za taco zapłacisz równowartość £0,50, a w wiosce oddalonej o 20km zapłaciłbyś z £0,05.’.

To miejsce to raj każdego wolnościowca. Dziesiątki biznesów rozciągających się na ulicach, w alejkach i na gankach – człowiek docenia siłę inwencji ludzkiej. Mijam chłopaka, który obiera mango i nacina je, wkłada na patyk i całość sprzedaje za kilka procent więcej niż zwykłe mango. Obok siedzi dziewczyna, która wyplata z tkaniny opaski na ręce, które sprzedaje rozchicotanym amerykańskim turystkom, które płacą za każdy wisiorek po kilka dolarów. Mały chłopiec podbiega do grupki kanadyjskich turystów i oferuje swoją pomoc w doprowadzeniu do hotelu, za co po krótkim spacerze dostaje kilka pesos w łapę. Chłopiec od razu pędzi do swojego taty, który sprzedaje koszule na jednym ze straganów, gdzie chwali się zarobkiem. Podchodzi do mnie jeden z naganiaczy, który – jak przyznaje – w zamian za każdego przyprowadzonego klienta dostaje równowartość 1 centa. On sam dziennie zarabia po 5-6 dolarów, które wystarczą mu na piwo i tacos. Mieszka w domu rodzinnym i jeszcze nie planuje poważnego życia. ‘Muszę znaleźć kobietę, która będzie porządna. Wiesz, gotować i prać i słuchać’. Machismo, symbol meksykańskiego społeczeństwa w praktyce.

Mam trochę dość Meksyku. Jest inny niż Ameryka Centralna, a teraz potrzebuje jej klimatu. Jedno jest pewne: na pewno tu wroce!

Leave a Reply