New York State of Mind

– Paddy, przecież Pacquoio to wygrał. Kto to widział taki sędziów!

– Ale trzeba przyznać temu młodemu kangurowi, że twardy jest.

Aye, twardy. Ale, do cholery, jakie to sędziowanie, skoro Manny to wygrał. Oni tam siedzą i uderzają w te klawiszę bum cyk-cyk – Errol uderzył kilka razy dłonią w bar, żeby zwizualizować sędziowskie głosowanie – jak ktoś kogoś lekko postuknie. No i mu pewnie naliczyli jakichś stuknięć, których nie było. To żart.

Była 2 w nocy, siedziałem w nowojorskim Queensie, w jednym z irlandzkich barów otwartych do późna. W przeciwieństwie do Londynu, Nowy Jork jest otwarty na nocnych marków. Paddy, właściciel biznesu, nalewał mi drugi kufel sezonowego Samuela Adamsa (‘ten sezonowy jest dobry, zwykły to syf’), ale skończyła się beczka i zamiast pełnego kufla wyszła całkiem duża głowa z piany.

– Łap. Na koszt firmy – rzucił Paddy i przesunął kufel po blacie. Zostawiłem mu dolara napiwku, trochę z głupa. Nie za bardzo rozumiem system napiwków w Stanach. Piwo rzeczywiście było niezłe. Lekko pomarańczowy posmak przywodził na myśl Blue Moona, był za to trochę smaczniejszy. Spojrzałem na Errola, który wciąż pod nosem komentował kradzież – jak nazwał wynik tej walki. Miał kiedyś złamany nos, być może nawet kilka razy. Musiał w swoim życiu przyjąć kilka ciosów, ale i sam na pewno kilka wyprowadził. Jego dłonie, gdy uderzał w blat, sprawiały wrażenie, jakby brakowało im szczęk przeciwników. Nic dziwnego, że w Stanach Irlandczycy uchodzili zawsze za twardzieli. Wszyscy bywalcy tego baru mieli wyraźnie kilka przygód w dawnych czasach. Errol, wnioskując po jego wiedzy bokserskiej, sam boksował trochę więcej niż tylko na ulicy. ‘Ten Wasz Golota, to był gość. Zajebisty walczak! Tylko nie wiedział jak przejść z boksu ulicznego, na boks profesjonalny. Miał problemy, walczył jak na ulicy. Ale jak on uderzał, możesz być z niego dumny!’. I przez chwilę – pomimo tego, że boks nigdy nie był moim sportem – byłem dumny. Byłem dumny, że prawie 20 lat temu biały Polak uderzał, ale jak on uderzał!

Dziadek Errola też interesował się boksem, tak jak prawie każdy dziadek i ojciec Irlandczyków z pogranicza Queens i Brooklynu. Sam boksował, bardzo dobrze boksował. Wygrał wiele walk amatorskich, z tego co zrozumiałem miał szanse na walkę mistrzowską. Ba! Walczył z samym Frazerem: ‘ten to skakał i bił jak cegłą,’. Errol – pokazując krótkie serie nad swoim kuflem nisko-alkoholowego piwa – trochę się zapowietrzył i złapał czkawkę. Przez kolejne kilka minut kilka pozostałych Irlandczyków starało się dorzucić znane, rodzinne sposoby leczenia czkawki. Wygrała opcja picia z drugiej strony szklanki, ale Errol po kilku minutach poddał się, odstawiając szklankę rzucił krótkim ‘do zobaczenia chłopaki’ i wyszedł.

Sorry Kris, ale jeśli to tak będzie wyglądało to ja zamknę trochę wcześniej. Sam rozumiesz, jest cicho – nie ma sensu tego trzymać.

– Pewnie Paddy, nie ma problemu.

– Ale może zostawisz plecak i wpadniesz sobie po niego jutro, będę tu koło 11.

– Muszę być na lotnisku koło 11, ale dzięki za ofertę stary. Appreciated.

Paddy wzruszył ramionami i wrócił do liczenia utargu. Kasa w jego knajpie miała co najmniej 60 lat, raz za razem uderzał w nią lekko pięścią, żeby pomóc jej się otworzyć. Szuflada jęczała, wytaczając się z otworu, a Paddy dorzucał zmięte dolary lub wyciąga stare monety.

Po drugiej stronie baru siedziała dziewczyna, która wdała się w dyskusję z Jimmym, kolejnym stałym bywalcem, który siedział nieco na lewo ode mnie. ‘Johnny, ale ja jestem hermafrodytą’ było jednym z pierwszy zdań, które wyłapałem. ‘Jimmy’ –  Johnny-Jimmy poprawił ją i dorzucił – czyli nie masz penisa?.

– Mam, ale małego. Kilka mikrocali, nawet go nie widać.

– To prawie jak mój – dorzucił Jimmy i zaśmiał się rubasznie.

Później trochę się zgubiłem, bo w czasie rozmowy z Errolem dochodziły mnie tylko strzępki dyskusji o penisach i ich właściwościach, oraz podchody Jimmy’ego do nowopoznanej koleżanki. Jimmy – na oko 60 latek z ogromnym brzuchem i wąsem a’la gangi motorowe – najwyraźniej nie przejmował się tym, że koleżanka najwyraźniej chciała go zdeprymować rozmową o jego przyrodzeniu. Rozmowę ucięła sama zainteresowana podnosząc się z miejsca i tocząc swoim okrągłym ciałem po podłodze baru. ‘Zbieram się Paddy, do jutra’. ‘Cześć Jimmy’ – dorzuciła po sekundzie, rzucając motocykliście całusa z reki.

W tym samym momencie do baru wtoczyła się grupka znajomych Paddy’ego, postanowiłem więc wybrać się w końcu na Manhattan – miałem ledwie 25 minut drogi pociągiem, a stację tuż nad barem. A przecież tuż obok, kilkaset metrów od spokojnej ulicy z irlandzkim pubem, wszystko wibruje. Rytm meksykańkiej salsy budzi do ruchu każdego napotkanego człowieka – nawet kilku lekko zagubionych Azjatów, którzy kurczowo trzymając plecaki, przemykali przez tłum w kierunku przystanków metra i pociągów. Ulice pełne są małych budek z latynoskim jedzeniem, przed którymi kłębią się tłumy Latynosów, rozmawiających o tym czy sobotnią noc skończyć na potańcówce, czy może jednak iść się napić do wibrującego baru. Miasto żyje, oddycha imprezą. Sobotnia noc, noc dziwów. Napotkani policjanci mówią mi, że nie powinienem chodzić po Queens o tej porze, nie z takim plecakiem. Wiem, że nie mam czym się przejmować, cały pech na ten tydzień przeznaczyłem na połączenia lotnicze. I jak zwykle kiedy się denerwuję jakąs nieprzyjemnością losu, ten odpłaca mi się czymś interesującym. Tym razem był to Queens nocą, spanie w Central Parku – z plecakiem pod głową, w promieniach słońca o poranku i grupą biegaczek wiwtujących na widok mnie zakładającego koszulkę (do teraz nie wiem, czy traktować to jako obrazę czy komplement).

2 Replies to “New York State of Mind”

    1. dzieki! 🙂

Leave a Reply