‘Green, go home!’, czyli rzecz o Hondurasie

Kiedy spacerujesz ulicami meksykańskich miasteczek w Chiapas, kiedy przejeżdżasz przez zniszczone wioski przy granicy gwatemalsko-honduraskiej, albo gdy zapuszczasz się w odrapane i połatane zbiory domków przy oceanie w Hondurasie – które niektórzy zwykli szumnie nazywać wioskami – zaczynasz rozumieć jak ważne są podróże. I jak cenne są słowa, które potrafią oddać te miejsca przeciętnemu Kowalskiemu czy Nowakowi.

Podróżowanie pociąga za sobą stuprocentowe zaangażowanie w doświadczanie. Pijąc kawę w przydrożnej knajpce w La Ceibie (Honduras), podszedł do mnie menadżer knajpy i – posługując się perfekcyjnym angielskim z amerykańskim akcentem – zapytał, czy smakuje mi kawa. Po chwili zaczął opowiadać o sobie i swojej rodzinie, o tym jak wpadli na pomysł kawiarnianego biznesu i jak starają się wypromować ideę na inne miasta Hondurasu. Cesar ma 16 lat, knajpie menadżeruje po szkole i w czasie wakacji, gdy ma więcej wolnego. Załatwia wszystko – od dostaw, przez zatrudnianie i kontrolę pracowników, aż po witanie i zabawianie klienteli. Sprawia wrażenie bardzo pewnego siebie, ale w dobrym stylu osoby przedsiębiorczej. ‘Takich dzieciaków jak ja jest tutaj tysiące. Nie każdy ma jednak rodzinę, żeby mu pomogła wystartować z biznesem’ mówi. Widać to doskonale na ulicach, gdzie małe szkraby przeciskają się przez tłumy i sprzedają stare zegarki, które zreperowali z pomocą kolegi lub brata, żeby nadawały się znowu do użytku. Cesar miał szczęście, za kilka lat planuje otworzyć własną plantację kawy i rozszerzyć biznes na Gwatemalę. A później? Chce skończyć medycynę i zostać lekarzem.

Tymczasem stoję pod klimatyzatorem w sali szkoły publicznej i marzę o tym, żeby skończyć zajęcia i wskoczyć pod zimny prysznic. Prawie cała klasa patrzy na mnie jak na zjawisko pozaziemskie – Polak, rozmawiający po angielsku i do tego z niebieskimi oczami. Spośród dwudziestu uczniów, ledwie dwóch rozumie kilka zdań i sama potrafi się przywitać, powiedzieć co lubi i czego oczekuje od życia. ‘Oni nie chcą się uczyć angielskiego. Uważają, że się do niczego im nie przyda’. Namil chce zostać lekarzem. Melinda chce skończyć biznes. Joyce ma zamiar zostać prawnikiem. Żadna z nich nie uważa, żeby angielski przydał im się w życiu. Genesis, siedząca obok Melindy, na pytanie co chce robić po szkole odpowiada ‘studiować angielski’. Jestem pod wrażeniem, bo to pierwsza taka odpowiedź w kilkunastu klasach, w których uczyłem. Genesis nie mówi po angielsku, ale uważa, że może się tego nauczyć w dwa lata. ‘Oni nie wierzą w angielski. Wydaje im się, że z hiszpańskim są w stanie osiągnąć sukcesy, a przecież Honduras ma ograniczone możliwości rozwoju’ mówi towarzysząca mi nauczycielka angielskiego w tej szkole. Przypomina mi to polskie szkoły, do których sam uczęszczałem – pełno gramatyki, zero konwersacji, problemy ze złożeniem dwóch zdań w danym języku, wstyd przed publicznym używaniem języka. ‘Oni się dobrze uczą, rozumieją gramatykę. Ale nie chcą rozmawiać.’. Język gringos jest zarezerwowany dla szkół prywatnych.

W czasie podróży tracę głowę do pisania. Codziennie przebiega mi przez głowę milion myśli: w trakcie dnia podsumowuję to co widzę albo – precyzyjniej – komentuje w głowie rzeczy, które wydają mi się wartę skomentowania, by pod wieczór usiąść w hamaku i stracić głowę do słów. Leżę wtedy z nogami powyżej głowy, bujam się zarówno fizycznie jak i psychicznie – od prawej do lewej strony. Spokojnie. Wytrwale. Bezmyślnie.

To nie jest dobry stan dla kogoś, kto chce dzielić się słowami z innymi. Powinienem mieć przy sobie notes i spisywać co ważniejsze wydarzenia, albo opisywać napotkane sytuacje, czy to w formie gorzkiej społecznej alegorii, wesołego komentarza backpackera czy dogłębnej analizy politycznej wykształconego politologa. A tu psikus. Słowa wędrują mi przez głowę, kołysząc się w lewo widzę trzy strony świetnego tekstu o Gwatemali, kołysząc się w prawo wpadam w końcu na to jak zakończyć tekst o brutalnym świecie San Pedro Sula. W końcu wiatr wywiewa mi resztki myśli z głowy, czuję się jak skin bez czapki.

Na początku wydawało mi się to dziwne. Moi idole wytrwale, dzień do dniu, dokonywali odkryć społecznych, opisywali kulturę i historię krain świata, obnażali jego głupotę. Ja zaś miewam problem z tym, żeby zmusić się do napisania kilku słów komentarza, który przecież jest w mojej głowie i wymaga tylko chwili samozaparcia. Jest tuż pod kopułą i wiem, że będzie dobry, nawet bez korekty. Wiem, bo go widzę, trzecim okiem wewnątrz czaszki. Zaczytuję się w tych opowieściach i wiem, że są dobre. Co jest ze mną nie tak (poza oczywistą chorobą psychiczną)? Po dłuższym namyśle dochodzę do wniosku, że nie do końca jest tak, że moi poprzednicy siadywali wieczorami i spisywali historie od A do Z. Świat moich idoli również pozbawiony był dodatkowych minut na zapisywanie wszystkiego, czego doświadczali. Wszyscy oni wracali w pewnym momencie do domów, otwierali notatki i z głowy wypracowywali obrazy minionych zdarzeń.

Może i taka moja rola?

Leave a Reply