Bienvenido a Mexico

Przy przejściach dla pieszych i skrzyżowaniach stała ich zwykle dwójka: po tej samej stronie pasów w niewielkiej odległości od siebie, albo po dwóch stronach drogi. Kontrolowali nie tylko ruch samochodów, ale też przepływ ludzi na drugą stronę ulicy. Pomimo tego, że się uśmiechali, można było wyczuć, że niewiele brakuje, żeby któryś z nich sięgnął  do kabury po broń. Nietrudno sobie to wyobrazić, kiedy mija się ich kolegę w jednej z wielu bram Zocalo, który stoi z karabinem maszynowym w ręce, z palcem na okalającym spust metalu. ‘Tu jest tyle policji, czuję się bezpiecznie’ pomyślałem tekstem piosenki. Stolica Meksyku to również stolica kryminałów. Jeszcze kilkanaście lat temu Ciudad de Mexico uchodziło za jedno z najniebezpieczniejszych miast świata. Oficjalnie dochodziło tu do prawie 500 przestępstw dziennie. Policjanci meksykańscy prostowali jednak te dane, wykazując, że tylko niewielki odsetek przestępstw jest oficjalnie zgłaszany na policję. Dlatego też 8 lat temu zaczęto reorganizować siły policyjne w mieście, co doprowadziło do wzrostu bezpieczeństwa na ulicach stolicy. Przełożyło się to – a jakże! – na ilość policjantów w mieście. Przypadkowy gość może odnieść wrażenie, że znajduje się na terenie wielkiego konfliktu, gdzie policjanci stanowią tutejszą formę armii okupacyjnej. Najlepiej wykazują to liczby: na 100 mieszkańców przypada tutaj aż jeden policjant, co w kontekście prawie 9 milionów mieszkańców miasta robi wrażenie. Cóż z tego, skoro wciąż pozostałych 90% przestępstw nikt nie zgłasza?

Sprawcą tego całego syfu jest kapitalizm, bracie’ mówi Joe, Amerykanin mieszkający w hostelu niedaleko Zocalo. ‘Ludzie przestali się szanować nawzajem, a wszystko to przez kapitalizm’ dodaje Mirko, Chorwat siedzący obok. To bardzo częsta opinia, któar usłyszeć można w prawie każdym hostelu podczas podróży po Ameryce Łacińskiej. Można mieć wrażenie, że cały system podróżniczy opiera się na niechęci do kapitalizmu i współczesnego świata. Joe mieszka w Meksyku od pół roku, dziergając wisiorki na szyję i sprzedając je turystom w ciągu dnia, a nocą słuchając muzyki ze Spotify i pijąc amerykańskie piwo light. Niechętnie odpowiada na pytanie, czy nie uważa, że to co robi jest – praktycznie rzecz biorąc – kapitalistyczne. ‘Nie rozumiesz. Kapitalizm wyniszcza ten świat, to co robię jest dobre’. Na pytanie o podatki rzuca krótkim ‘no przecież, że nie płacę (śmiech), gdzie miałbym to robić – tu w Meksyku?’. Towarzystwo podróżnicze jest dość zgodne w krytyce kapitalistycznej mentalności, chociaż zgodnie narzeka na problemy z granicami, podatkami, cłami i opłatami. Jose, chłopak pracujący za barem, nie jest jednak przekonany co do tego, że problemem jest system ekonomiczny. ‘Spójrz, ja pracuję, żeby móc iść na studia prawnicze. W przyszłości będę prawnikiem i będę miał odpowiedni poziom życia. Będę mógł podróżować. Wtedy odwiedzę Was w Europie (śmiech). Cykl zamknięty, kapitalizm podróżniczy jednak funkcjonuje.

Meksyk to kumulacja różnych wizji świata, wszechobecny kontrolowany chaos. Wyobraźcie sobie metro, do którego ludzie wtłaczają się popychaniem – dwójka ludzi dopycha towarzyszy do środka, inni zamykają drzwi, również metodą popychu. Przystanek jest podzielony na wejścia dla kobiet i mężczyzn, żeby stłoczone w przedziale podróżne nie musiały czuć oddechu obcych mężczyzn na plecach. To deszcz wpływa na ilość ludzi w podziemiach. ‘Metro w deszczu szaleje. Ludzie nie chcą przejść dwustu metrów, bo wolą przejechać ten dystans pod ziemią’ mówi Jose, śmiejąc się. Nietrudno zatem o kolejne przestępstwa, ot chociażby kieszonkostwo. W tym całym tumulcie i feerii kolorów, wyróżnia się jednak jedna podstawowa cecha większości Meksykanów: spokój. W pewnym momencie i mi narzucił się klimat miasta. ‘Tranquillo amigo’ rzucił kierowca taksówki, który prawie najechał mi na nogę ‘jesteś z Ameryki?’ dorzucił wysiadając z auta. ‘Nie, z Polski’ odpowiedziałem, czując jak spokój opróżnia mnie z emocji. ‘To jak Papa!’ ucieszył się mój rozmówca i dorzucił ‘To był wielki człowiek!’. Juan Pablo Drugi jest tutaj postacią niemal mityczną, jako ten który otworzył Watykan na fanatyczny (aczkolwiek ‘nieortodoksyjny’) Meksyk. Dla mieszkańców tego państwa było to zdarzenie na tyle wielkie, że gdy Karol Wojtyła umarł, ogłoszono akcję zbierania kluczy. Przeróżnych kluczy – do domów, kłódek i biurek. Tysiące Meksykanów tygodniami wysyłało setki tysięcy kluczy, które jeden z najważniejszych współczesnych rzeźbiarzy meksykańskich (Francisco Cárdenas Martínez), przerobił na wielki pomnik Wojtyły w samym centrum Zocalo. Żeby uświadomić Wam jak wielka to rzecz, wyobraźcie sobie, że pomnik ten stoi przy katedrze wybudowanej ze szczątków starych świątyń azteckich, tuż przy legendarnym placu konstytucyjnym, zwanym potocznie Zocalo. To tak jakby postawić pomnik Zapato przy Pałacu Królewskim w Warszawie.

Miasto religii i zbrodni. Yin i yang w wersji latynoskiej, gdzie kłamstwo i przemoc stanowią codzienność, a przeplatają się z relikwiami, symboliką i rytuałem religijnym. Miasto tacos i meksykańskiego wrestlingu, metropolia tętniąca życiem, w której żyłach płynie krew azteckiej brutalności i jezuickiego fanatyzmu.

Bienvenido a Mexico.

Leave a Reply