Szyba

Liście powoli opadły na parapet i zmieszały się z warstwą innych jesiennych emocji. Czerwone były krwiste niczym serce, które rozpękło się na pół i krwawiąc spadało w otchłań depresji. Żółte już wyblakły od codzienności, zielony entuzjazm opuścił je na tyle dawno, że teraz dogorywały w powtarzalności. Brązowe przebrnęły przez życie, które codziennie rzucało im emocjonalne kłody pod nogi – one miały najgorzej, widziały rzeczy, które ciężko sobie nawet wyobrazić. Trzeba naprawdę dużo determinacji, żeby to przetrwać, ale przybierasz wtedy kolor tego z czym się stykałeś. Liście-śmieci, koloryt ery depresantów.

Wśród tej jesiennej ekspozycji szarości leżało też kilka niedojrzałych, wciąż zielonych listków. Wyglądały jakby już-już miały zamiar zeskoczyć z gałęzi na parapet i chociaż spróbować udawać wesołe, ale w tej ciszy i one sprawiały smętne wrażenie, powiewając samotnie na gałęziach. Indywidua-liście, samotnie wiszące z drzew.

Rafał usiadł na krześle tuż przy oknie, wpatrując się w ten depresyjny wymaz jesieni tuż za szybą. Brodą opierał się o zwiniętą bluzę, a przed nim leżała otwarta książka, “Ćpun” Burroughsa. Kubek herbaty odbijał ostatnie promyki słońca, które powoli igrały na kartkach książki. Nie rozumiał ani jednego słowa, widział tylko czarny szlaczek na białym tle, chociaż i tej kolejności, ani tych kolorów nie był do końca pewien. Przed oczami znów mignął mu fragment jej sukienki, różowo-błękitnej jak u dziecka. Uwielbiała ją zakładać, bo jak sama powtarzała ‘w ten sposób wyzwalam w sobie optymizm’. Czuł jej szept na karku i wzdrygnął się od tej myśli. Lubiła łamać stereotypy, jak wtedy, gdy ubierała wełniane kapcie przy biurku w pracy. Ludzie spoglądali na nią z dziwnymi wyrazami twarzy, ale jej to zupełnie nie obchodziło. Pogwizdywała w drodze do kuchni, śmiała się radośnie do przypadkowych ludzi na korytarzach i siedziała w tym swoim zbyt dużym fotelu machając nogami jak dziecko. I znów, jakby dla efektu, jej oczy błękitniały w jego głowie. Patrzyła w ten punkt tuż za źrenicami, który swędzi emocjami, a nie masz go jak podrapać. Codzienność bez niej stawała się nieznośna. Nienawidził jesieni, a teraz zaczął ją darzyć najgłębszą z możliwych pogard. Serce wypełniało mu wołanie, skowyt rozdartego związku. Dźwięk, który szumiał głucho gdzieś na skraju słyszalności przypominał wciąż i wciąż te ostatnie słowa:

– Rafał, potrzebuję czasu. Daj mi tydzień lub dwa na uporządkowanie spraw.

Mijał trzeci miesiąc, ten był najdłuższy w jego życiu. Z ciepłych późno-letnich nocy i dni zostały tylko ostatnie podmuchy wiatru, który już jednak zapomniał, że miał być ciepły i teraz tylko pohukiwał groźnie wśród pozbawionych liści krzewów. Noce wydłużyły się i już niedługo miały całkowicie zdominować codzienność, zostawiając światłu słonecznemu kilka godzin dziennie na przebieżkę po parkach i mokrych ulicach. Już niedługo zacząć się miały wszystkie świąteczne piosenki, cała reklamowa magia śmieciówek, które zwykle przeżywali razem. Zamiast choinki w tym roku wyczekiwał raczej gwiazdki, której mógłby wygarnąć kilka spośród bardziej skrywanych myśli. Złapałby ją w obie ręcę i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Patrzyłby jak gaśnie powoli, trzymana twardym uściskiem i sączyłby jej to, co wypływało mu nosem z każdym wydechem, smołą czarną od myśli. Gasiłby na niej papieru-szare wiersze. Te, które skrycie pisał do szuflady, a które czasami wołały do niego przez zamknięte drewno.

Szyba się polepszy. Szyba będzie lepiej. Szyba da sobie radę.

Dawno już nie płakał. Nie był pewien czy pozbył się wszystkich łez, czy przestało mu już wypadać. Gdyby nie to, że miał odłożone pieniądze i, oficjalnie, był poza miastem ‘na urlopie’, byłby teraz odsądzany od czci i wiary przez przyjaciół i rodzinę. Godność wyparowała, jakby w jego życiu nie było miejsca na dwie pary kluczy do domu.

Kilka lat wcześniej siedzieli w pociągu, wracając z północy kraju i rozmawiali o tym co dalej.

Moglibyśmy wyjechać zagranicę. Wiesz, skończymy studia tam, pracę się znajdzie łatwiej niż w Polsce – powiedział Rafał rozcierając ręce w zimnym wagonie Polskiego Syfu Kolejowego.

Ale jak to sobie wyobrażasz? Chwycimy plecaki i voila! – jesteśmy w Paryżu?

Przede wszystkim żaden Paryż, żadna Francja. Włochy! Albo Anglia, jeśli chcesz znaleźć dobrą pracę. Poza tym nie widze nic awykonalnego w takim planie. Rodziny i tak mamy tyle co kot napłakał, odwiedzić ich raz na trzy miesiące to nawet częściej niż teraz.

I zostawię mamę samą z wszystkimi problemami i bratem do wychowania. Akurat!

Nie myśl o tym tak negatywnie, przecież sama chciałaś podróżować. Siedzimy teraz na tyłku, za staże dostajemy całą równowartość herbaty w pracowniczej kuchni, która i tak jest reglementowana … i jesli wypijesz więcej niż dwie filiżanki dziennie dostajesz przydział kuratora biurowego. Po skończeniu stażorgii … stażowej katorgii – wybacz skrót myślowy – będziemy mieli jedynie 200 innych kandydatów do pokonania, żeby wbić się na płatną pozycję asystencką. Pensja, o której marzyłbym, gdybym mieszkał w Zimbabwe, perspektywa życia w czterech w pokoju przez kolejne trzy lata i szorowania tekstów na zamówienie. Będę spoglądał w Twoje oczy tylko po to, żeby zobaczyć jak z wolna paruje z nich życie i chęć do rozwoju. I będziemy tak Masia kilka lat walczyć, żeby mieć możliwość wynajęcia mieszkania we dwójkę. Klękajcie narody, kariera pomywacza tekstów rynsztokowych i pokrewnych Wielce Obiecujących Zawodów – lubił w czasie konwersacji akcentować niektóre wyrazy, tak żeby przybierały formę dużych liter.

Milczała i patrzyła w okno. Drzewa, pola i przypadkowe sarny przelatywały zaskoczone przez rozpędzono okno. Usta miała zaciśnięte, bo wiedziała, że Rafał ma rację. Musiała wiedzieć. Ale ryzyko wyjazdu było dla niej zbyt duże i niosło ze sobą perspektywę porażki. A ona wolała, zdecydowanie wolała, kontrolować swoje życie, nawet jeśli ceną takiego podejścia miała być służalcza praca przez kilka lat.

Przypomniał sobie, że drgały jej wtedy policzki, jakby głucho płakała. Robiła tak często kiedy nad czymś głęboko myślała. Na początku frustrował się tymi jej momentami ciszy, ale przyzwyczaił się do nich. Dla niej to był moment skupienia, dla niego informacja, że rozmowa się zakończyła. Zawarczał silnik odpalanego trabanta, jedynego takiego okazu na tym starym osiedlu. Obraz zamazał się na szybie i wróciła wizja kupki zamyślonych liści. Ostatnio czesto wpadał w stany zagubienia czasoprzestrzennego, oddychając wydarzeniami z przeszłości i leżąc na dywanie w tym ciemnym mieszkaniu.

Leave a Reply