Gulasz z Filipin

pilipino

Spróbuj jeszcze tego, to jest wołowina – powiedziała właścicielka przynosząc w małym naczynku kilka kawałków mięsa z warzywami. Danie przypominało nasz gulasz, chociaż w smaku było zdecydowanie łagodniejsze, wręcz wodniste – Jesz wołowinę, prawda? – dodała, jakby to było coś zupełnie naturalnego, że człowiek zamawia danie wegetariańskie, żeby później je zagryźć mięsem.

Dziękuję bardzo! – nie bardzo wypada mi odmówić. Przecież płacę jakieś śmieszne grosze za cały obiad i małe piwo w szklance z lodem. Mam wrażenie, że wszedłem w sam środek imprezy rodzinnej i po prostu dostawili mi pusty talerz, traktując mnie jak dawno nie widzianego kuzyna.

Kilka godzin wcześniej jestem w północnej części Londynu, niedaleko legendarnego studia nagraniowego Abbey Road Studios. Ulice powoli wypełniają się wszystkimi zapachami Londynu, czyli tą specyficzną mieszanką kuchni świata, śmieci z ulicy i kwiatów na drzewach. Postanowiłem pospacerować po nowych okolicach, jak to zwykle bywa z moimi wolnymi chwilami. Myślałem o tym, żeby przejść z 10 kilometrów na wschód i dotrzeć do Hampstead Heath, przy okazji zaliczając ładne architektonicznie okolice Queen’s Park i Maida Vale. Trafiam jednak na otwarty sklep z tanimi książkami i kawą, gdzie zatrzymuję się w pół kroku. Patrzę na zegarek. Wiem doskonale, że stracę najbliższą godzinę przeglądając każdą książkę w pudle, a później na półkach, kawa zrobi się zimna, bo nie będę miał jej czasu pić, a na koniec wyjdę uboższy o kilka funtów i bogatszy o kilka nowych pozycji w plecaku.

Sklepik jest malutki, zmieści się w nim góra pięć osób. Właściciel, siwy pan z bardzo przyjemnym i klasycznym akcentem wyedukowanego londyńczyka, ledwo podnosi wzrok znad czytanej książki. Reaguje dopiero kiedy proszę o kawę, zresztą po chwili wracając do lektury. Przez godzinę siedzieliśmy oboje w ciszy – on zaczytany w jakiejś noweli, ja przeglądając jego zbiory: półka po półce, książka po książce. Jak zwykle zatraciłem się do tego stopnia, że kawa zrobiła się zimna – ale i taka smakuje bardzo dobrze, zupełnie nie po londyńsku, a wręcz po włosku: intensywnie, głęboko i smacznie. Zatrzymuję się na półkach z filozofią, gdzie zwracam uwagę na sporą liczbę książek z kanonu myśli wolnościowej – Locke, Mills i Jefferson przy jednoczesnym braku Marksa i jego wyznawców, to wielka rzadkość księgarni Londynu. Uśmiecham się i sięgam po jedno z wydań Millsa – nie mam jeszcze wersji angielskiej, a w moim hipotetycznym przyszłym domu (i bardziej rzeczywistej obecnej biblioteczce) na pewno będzie musiał być chociaż jeden egzemplarz tego wybitnego myśliciela. Po chwili namysłu dorzucam do zbioru jedną z moich ulubionych książek ostatnich lat – Marka Haddona ‘The Curious Incident of the Dog in a Nightime” (“Ciekawy przypadek psa nocną porą”), którą kiedyś pożyczyła mi przyjaciółka, a własnej kopii nie posiadałem. Przy wyjściu rzuca mi się w oczy jeszcze króciutka powieść Wellsa, idealny dodatek do zbioru. Opuszczam ten piękny, klimatyczny pokój bez 6 funtów – tylu, ile przeciętny młody londyńczyk wydaje dziennie na swoją porcję fast-fooda (kurczaka, McDonald’s czy kebaba). Zamiast tego postanawiam wybrać się do pierwszej z brzegu restauracji lokalnej, najlepiej z kuchnią kraju, której jeszcze nie próbowałem.

Londyn to fascynujące miejsce. Kiedy ktoś opisuje to miasto, bardzo często musi posiłkować się synonimami słowa mieszanina czy zbiór. Istotnie, Londyn jest jak ten gulasz: wyrazistości różnych kultur polane angielską wodą, która spłukuje z nich ich własny smak i tworzy potrawę jednego garnka. Wciąż wiesz, że jest tam marchewka czy groszek, tak jak wiesz, że jesteś w restauracji filipińskiej i angielskiej kawiarence z książkami, ale wszystkie te smaki zlewają się w jedno, londyńskie doświadczenie kulinarno-turystyczne.

Maria ma około 45-50 lat. Mieszka w Londynie prawie od urodzenia, ale nigdy nie nauczyła się dobrze rozmawiać po angielsku – jak sama przyznaje z rozbrajającą szczerością. Co chwilę wtrąca słowa w filipino, albo spoglada na swojego syna Felixa, żeby dopowiedział co ma na myśli. Jej rodzice przyjechali do Londynu tuż po wojnie, jako jedni z pierwszych przybyszy z Filipin. Na początku pracowali fizycznie, ale wkrótce założyli własną restaurację, którą Maria prowadzi do dziś. Dla jej rodaków ta mała restauracja stała się centrum mini-społeczności – jedzenie gotowane według przepisów od babć, piwo prosto z Filipin (chociaż po zaglądnięciu w etykietę okazuje się, że Filipiny znajdują się gdzieś w Hertfordshire, przynajmniej według producenta) – nawet orzeszki są sprowadzane specjalnie z ojczyzny. Przy pięciu stolikach siedzi kilkunastu ludzi, wśród nich kolejny elegancki londyńczyk koło sześćdziesiątki, który przyszedł na obiad ze swoją o kilknaście lat młodszą, filipińską żoną. Jest duży gwar, w tle leci spokojna muzyka ze Spotify. Filipino miesza się z angielskim, a angielski z hiszpańskim, kiedy wszyscy dyskutują o codzienności, nie zwracając uwagi na przestrzeń między stolikami. Między nimi uwija się rodzina Marii, która roznosi dania, kawy i koktajle, wszystkie według specjalnych przepisów prosto z wysp. Jem swój ryż z czosnkiem i placek z grillowanego bakłażana i chłonę ich historie jak gąbka. Rozmawiają o życiu codziennym, ale cieszy mnie sam fakt przebywania w tym miejscu. Każda chwila przypomina mi, że już niedługo będę mógł porównać to doświadczenie z prawdziwie filipińskim, kiedy nadejdzie już mój czas wyjazdu.

Wychodzę najedzony i uboższy o niecałe 5 funtów. Nic nie wyszło z mojego spaceru do parku, spędziłem kilka godzin na jednej ulicy, jak zwykle gubiąc się w gąszczu londyńskich uliczek. Zostało mi jeszcze kilka miesięcy, postanowiłem je wykorzystać.

2 Comment

  1. … brzmi ciekawie.
    Do momentu podania tego gulaszu wolowego!
    Zaczytalam sie.
    Oby do szybkiego rozwoju akcji w tym prawdziwie filipinskim!
    🙂
    xx

    1. nie bardzo chciałem jeść mięso dziś, ale skoro podała to trochę głupio było odmówić. Smakowało jak polska wątróbka z gulaszem, nie moje smaki. Ale z drugiej strony posmakowałem kuchni filipińskiej za prawie darmo 😉

      oby! 😉

Leave a Reply