Soboty, 2009 – 2011

Forgotten Realms

2 w nocy. Sobota. Przyniosłem sobie trochę jedzenia, ale nie chce już teraz jeść. Mam jeszcze ponad 30 godzin pracy, więc przydałoby się zostawić coś na później. Odchylam się na fotelu i patrzę na drzwi po prawej stronie. Przeszklone, widać wyraźnie wszystko na piętrze. O ile cokolwiek może się dziać w środku nocy, gdzieś na obrzeżach Krakowa. Jay-sus, jak tu nudno. Jestem przeraźliwie głodny, bo byłem na tyle głupi, żeby nic nie zjeść przed przyjściem do pracy. Kurwa, Krzysiek. Słabo, strasznie słabo. Dobrze, że mleko i herbata są darmowe, mogę się opijać ile wlezie, a w sumie dzięki temu zaoszczędzę kilka złotych na piwo na jutro, na Miasteczko …

Wstaję, muszę się przejść po biurze, boli mnie tyłek od siedzenia. W sumie należy to do moich obowiązków. Muszę regularnie przejść biuro dookoła. Zajebisty zbiór obowiązków, czyż nie? W jedną stronę idę około minuty, aż pod samo okno, tam staję i przyglądam się zasypanemu parkingowi. Śnieg, wszędzie biało. Nic nie słychać, ale przy szybach jest trochę zimno. Przeciągam się i cykam urządzenie kontrolne, które niby sprawdza czy zrobiłem obchód. Jezu ale tu nudno! Na biurku jednego pracownika jest piłeczką tenisowa, pogram sobie przez chwilę. Wstaję i idę na drugi koniec biura. Łącznie spacer – bardzo wolnym krokiem! – zajmuje około dwóch i pół minuty. Tam też znajduje sobie coś do roboty. Cisza. Pracuje klimatyzacja, raz na czas zagra dźwięk zagubionej maszyny. Siedzę tu już od 8 godzin. Chyba się prześpię, nie chce mi się już uczyć – chociaż sesja za rogiem i powinienem. W poniedziałek  zobaczę pogardliwe spojrzenia wchodzących pracowników, którzy nawet nie pomyślą o tym, żeby powiedzieć dzień dobry. Do ochroniarza? Stróża nocnego? Jest kilku, którzy się zatrzymają i pogadają kilka sekund. Zapytają co czytam, co tu robię. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że pracuję, bo chce mieć pieniądze dla siebie. Bo moja mama mi da kilkadziesiąt złotych na jedzenie, ale za mieszkanie i tak trzeba zapłacić. I rachunki. I piwo. I ksero. I raz na czas bilet do domu, do pracy, po mieście. Na jakieś kino z dziewczyną.

No dobra, to ostatnie to przesada. Nie stać mnie na to, a i z dziewczynami nie bywam na tyle długo, żeby chadzać do kina. Przeważnie nie mamy na to czasu.

Niedziela, 15. Zjadłem już wszystko. Jak zwykle wziąłem za mało, nie mam kasy na zamówienie na wynos. Nie ma sklepu nigdzie dookoła. Kolejne 10 godzin spędzam marząc o czymś do jedzenia, piję wodę i herbatę. Praca marzeń, nic nie robisz, możesz sobie poczytać i pooglądać seriale. I pograć. Głód jest nieznośny, mam ochotę zadzwonić po kogoś znajomego, żeby mi powiózł coś do jedzenia. W ogóle żeby podjechał. Jestem tu sam, spędzam tak prawie każdy weekend od dwóch lat. Nuda mnie zżera, nie mam już ochoty czytać, spać. Nie mam ochoty na nic.

Poniedziałek rano. Od trzech godzin czekam na pierwszych pracowników. Prysznic wziąłem długi, żeby się obudzić, chociaż na chwilę. Mam zajęcia po 12 i przydałoby się na nich być. Nie byłem już z trzy tygodnie z rzędu. To chyba filozofia, nie jestem pewien. W sumie powinienem wiedzieć, bo chyba jest jakiś egzamin. Może będzie ustny? Pracownicy mijają mnie bez uśmiechu. Tuż przed 8 wchodzi kilka znajomych twarzy; pogadają, pośmieją się i ruszą w odmęty swojego biurkowego chaosu. Znikną, pracując przy jakichś informatycznych kwestiach, o których nie mam bladego pojęcia. Przychodzi recepcjonistka, już nie jestem potrzebny. Jezu, dzięki Ci Ewelina! W końcu! Przebieram się w normalne ciuchy, uciekam z tego biura jak najszybciej mogę. Idę na pociąg, mam do domu 15 minut pociągiem i później dłuższy spacer. Przysypiam, ale udaje mi się wyskoczyć na czas z pociągu. Brnę w zaspach śniegu przez przystanek i decyduje się wskoczyć do autobusu. W kieszeni nie mam nawet grosza, na miesięczny mnie nie stać. Jadę z duszą na ramieniu, każdy wchodzący do autobusu jest podejrzany. W końcu widzę znajomą twarz, kanar. Wyskakuję tuż przed zamknięciem drzwi i oddycham głęboko. Nie mam kilkuset złotych żeby wydać na karę. Do mieszkania mam kilka przystanków, które przejdę już na nogach. Idę w zimnie i ledwo wdrapuje się na 1 piętro, przechodzę przez mieszkanie jak duch i kładę się do łóżka. Padam jak długi i dwie godziny mnie nie ma. Na zajęcia z filozofii się spóźnię. Odpowiem na jedno pytanie, najprawdopodobniej niepoprawnie, ale dostanę pozytywną ocenę. Okaże się, że nie będę musiał podchodzić do egzaminu, bo mam dobrą aktywność na zajęciach. Nie było mnie na ponad 50% z nich, ale wpisywali mnie na listę. Na pozostałych powiedziałem co miałem powiedzieć i zniknąłem na korytarze. Tam działa się cała nauka uniwersytecka. Tam trwały dyskusje. A ja namawiałem ludzi na piwo. Piwo pozwalało na prostą integrację i odreagowanie zmarnowanych wieczorów.

Miałem niecałe 20 lat i od prawie dwóch lat pracowałem jako stróż nocny w weekendy i niektóre popołudnia.

2 w nocy. Sobota. Słucham ‘Podróży z Herodotem’ Kapuścińskiego, czyta jakiś aktor, którego nie pamiętam. Fabryka plastiku jest bardzo głośna, moja maszyna w rogu na szczęście trochę mniej. Wycinam jakieś pokrywki na kosze, jedyne co muszę robić to zadbać o to, żeby wycinane fragmenty plastiku zrzucać do kubełka i odkładać pokrywki do przygotowanych pojemników. Osiem do dziesięciu godzin identycznej pracy. Powtarzalność jest zabójcza. Nie czujesz się jak robot, jesteś nim.

Przerwa za kilka minut. Wstaję i rozprostowuję palce. Mam ochotę położyć się pod ścianą na zewnątrz, ale wszyscy palą na przerwie, więc po prostu stoję z boku i sprawdzam baterię. Jeszcze trzy godziny. Później najgorsze – od 5 do 7 rano bez muzyki i audiobooków. Będę śpiewał w myślach, marzył, powtarzał co chcę napisać w eseju na uczelnię. Do domu wrócę o 9, bo mam ponad godzinę z fabryki do centrum. Nie pojadę autobusem, bo mnie nie stać. Wrócę do domu na nogach, pogwizdując. Po drodze kupię jakiegoś energetyka (£0,50 za puszkę), bo na kawę mnie nie stać. Poza tym spacer mnie obudzi. Dojdę do mieszania i rzucę się do wanny. Wykąpię ze smrodu palonego plastiku, ściągnę ze skóry resztki tego, co na mnie osiadało przez kilka godzin.

Wejdę na górę i włączę laptopa, Tim jeszcze śpi, a Marius już śpi po pracy. Czasami razem pracujemy, kiedy jeżdżę do magazynów Marksa i Spencera rozwozić produkty na półki. Każdy marzy o kontrakcie, niektórzy chcą odłożyć na dom w Polsce, w Rumunii, wrócić do siebie do Grecji i żyć jak możni i królowie. Kolega za Słowacji chce w końcu zapomnieć o więzieniu. Siedział 7 lat za zabójstwo ojca, który pił i bił, gdzie popadnie. Mamę, jego, mamę, jego. Znajomych. Nie wytrzymał i sięgnął raz po nóż w kuchni, a tuż po tym, zalany krwią poszedł na policję. Wiezie mnie teraz przez miasto, pali skręta i opowiada o tym jak tam wylądował. Pociągam kilka buchów, bo palę bardzo rzadko albo wcale. Ale wiem, że muszę. Pijemy piwo w aucie, gdzieś w bocznej uliczce miasta. On płacze i mówi, że dziś liczy się tylko jego kobieta i dziecko. I druga szansa, którą ma zamiar wykorzystać. Jest starszy ode mnie ze 3 lata, przesiedział 7. Jezu. Pijemy więcej piwa, obok jest sklep z polskimi produktami. Jak wszędzie dookoła. Po dwóch godzinach poznaję jego dziewczynę i synka. Wspaniali ludzie, smutna okolica, typowa zabudowa osiedlowa w Leicester. Siedzimy u niego jeszcze chwilę, po czym ja wychodzę. Wypił dużo, niewiele mniej ode mnie, ale chce mnie odwieźć. Nie przejmuje się, bo mało co mnie wtedy przejmowało. Miałem myśli czarne, wyczekujące. Wiedziałem, że muszę dotrwać do końca roku i będzie dobrze. Zniknę z tego miejsca raz na zawsze. Jestem pijany, a to pozwala trochę łagodniej podchodzić do tego wszystkiego. Widzę fajnego gościa, któremu życie przesypało się przez palce, a nie człowieka po wyroku.

Wstanę po 11. W pośpiechu chwycę torbę od laptopa i wrzucę do niego laptopa, zeszyt i długopis. Wybiegnę z mieszkania mrucząc ‘hiya’ do Tima, z którego pokoju znowu wychodzi inna dziewczyna. Codziennie inna, codziennie większa. Tim jest chudy, ma 185 wzrostu, może więcej. Wychodzony, chociaż z brzuchem powiększonym od wlewanej coli i syfiastego żarcia. Zacznie niedługo chodzić na siłownię z Mariusem, zmienią przyzwyczajenia żywieniowe. Marius kupuje wszystko na wyprzedażach, za 2 funty dziennie kupuje całą lodówkę jedzenia. Przeterminowanego albo ‘about-to-expire’, codziennie je zdrowo i smacznie. Dziewczyna Tima ma na oko 20 lat, 100 kg wagi i 165 cm wzrostu. Kontrast jak w komiksach, tak samo jak jej popołudniowe egzystencjalne żale wyjękiwane zza ściany, gdy już wrócimy z Mariusem z naszych dziennych zajęć. Popatrzymy na siebie i zaśmiejemy się w głos, włączając na laptopie jakiś mecz, który Mariusz wcześniej obstawił w lokalnym bukmacherze. Ale o 11 biegnę na uczelnię. Mam jeden dzień na napisanie eseju na amerykańską prezydencję, piszę o Carterze. Albo o Obamie? Piszę o kimś, nie mam pojęcia o kim. Notuję w pamięci tylko to, że esej jest fatalny. Gramatycznie nieskładny, stylistycznie drętwy. Nie miałem czasu nad nim myśleć po pracy i przed pracą. Wracałem do domu czasami tak zniszczony, że kupywałem dwie puszki piwa i wypijałem oglądając popisy polskich futbolistów, gdzieś w Łęcznej czy Wronkach.

Po meczu idę spać na godzinę. Jest 19, za dwie godziny zaczynam zmianę w knajpie. Muszę się pośpieszyć, biegnę do miasta i wbiegam do klubu zziajany. Przebieram się na szybko i idę na górę, sprawdzam na której kasie jestem. Serwuję piwa do 2 albo 3? Podłoga lepi się od rozlanego alkoholu, ja podgwizduję wesoło i ścieram półki, poprawiam butelki, zaraz zrobię stock. Pouzupełniam je tonikami i sokami, a kilkadziesiąt minut później razem z Aaronem i Lee usiądziemy na jednej z kanap. Z ulgą, z alkoholem. Podwójna whiskey z colą i dwa piwa (ale) na głowę, 30 minut siedzenia. Whiskey schodzi po 3 minutach, piwo po 10. Oczy mi się zamykają, żartujemy ze zmiany i z tego jakich śmiesznych mieliśmy dziś klientów. Padam na twarz, dopijam drugie piwo duszkiem i się żegnam. Idziemy razem z Aaronem kawałek, on mieszka bliżej stadionu rugby, ja trochę dalej. Wpadam do domu, biorę prysznic, rzucam ciuchy do prania i padam na łóżko. Jest 4 w nocy, niedziela. Za 5 godzin zaczynam zmianę na stadionie rugby, gdzie będę lał piwo pijanym kibicom w barze wejściowym. 4 naraz, z tą dziwną mieszanką akcentów, którą się posługuję. Jeden z kibiców z Londynu zacznie prosić i dopytywać o coś, co wydaje mi się tylko bełkotem. Poproszę moją koleżankę, która szefuje zmianie, żeby mi powiedziała o co chodzi. Ona też nie wie, chociaż sama jest z Londynu. Klient oburzy się w tłumie i zacznie wrzeszczeć o zagranicznych mętach, które przyjeżdżają tu i nie potrafią mówić w języku tego państwa. Bedzie mi głupio, ale Lauren powie mi, żebym się przejmował i wyprosi klienta z baru. Dostanie dożywotni zakaz wejścia na stadion, o czym dowiem się dużo później. Ja dostanę dodatkowe pieniądze, bo zarobiłem na czysto najwięcej na zmianie i wyszedłem dużo na plus. Z napiwków mam jakieś 20 funtów, w nocy zebrałem z 30. Mam na cały tydzień życia. Albo dwa.

Przychodzę do mieszkania koło 18. Wchodzę, chwytam z lodówki dwie puszki Żywca. Na górze udaje mi się wypić jedną, rozmawiam z Kasią na Skype. Dopijam drugie, kończymy rozmowę po 2-3 godzinach. Padam na twarz, umieram ze zmęczenia. Kolejny weekend minął. Mogę dalej studiować. Mam do dokończenia pracę licencjacką do Polski i rozgrzebaną pracę licencjacką tutaj. To będzie trudny tydzień. Mam 22 lata i jestem zmęczony studiami. Potrzebuję wytchnienia. Chcę pracować, ale już nigdy w taki sposób.

Leave a Reply