C-U-mbria (See You Cumbria)

Chyba każdy ma taki okres, kiedy ma ochotę wziąć cepa i walić w zboże, aż do znudzenia, aż do wyzucia się z emocji, aż do przemęczenia i upadku. Ja swój mały upadek traktuję jak naturalną kolej rzeczy, po owocnych latach przyszedł czas na lekki regres, który trzeba przetrwać i uderzyć ze zdwojoną siłą. I walczyć znów o swoje.

Długo się przymierzałem do tego, żeby napisać o tej okolicy i o moim życiu tutaj, w Kendal. W Cumbrii. Problem polega na tym, że trafiłem tutaj bardziej z przymusu niż z pełnego wyboru. Uwielbiam to miejsce, ale w zaistniałych okolicznościach bardziej niż na odnajdywaniu tych pagórków, zależało mi na odnalezieniu siebie. Kilka miesięcy po skończeniu pracy w Warszawie wyjechałem do Anglii z planem jej podbijania. Chciałem wykorzystać swoją wiedzę, znajomości i pasję, żeby podbić tutejszy rynek. Trudno powiedzieć żeby mi się to udało, szczególnie w kontekście ostatnich miesięcy. Idealna praca nie okazała się idealna, uczelnia – mająca mi dać długo wyczekiwaną możliwość wejścia w szacowne grono profesorskie – zakończyła się po roku przez brak stypendium, ledwie z tytułem ‘magistra poprzez badania’. Codzienność angielskiego życia przyzwyczaiła mnie do lenistwa, coraz większego wraz z mijającymi dniami, tygodniami i miesiącami. Rosłem w oczach od złego jedzenia, a w głowie cofałem się jak wystraszony szczur eksperymentalny. Aż w końcu obudziłem się jednego zachmurzonego dnia i stwierdziłem, że minęły prawie dwa lata, a ja zamiast się rozwinąć – wycofałem się pod samą ścianę. Zamiast kolejnego wzniesienia wpadłem do doliny, z której prowadzi tylko jedna ścieżka przez bardzo zdradliwą ścianę południową. I cholernie się bojąc muszę przez nią ruszyć do kolejnego celu podróży.

Dość tych grafomańskich porównań, stawiam sprawę jasno: spieprzyłem ten okres, droga Anglio. Zamiast Cię wykorzystać do maksimum, ledwie Cię spróbowałem. Na zawsze pozostaniesz moim piekłem i niebem. Uwielbiam w Tobie wiele rzeczy – atmosferę, część ludzi, widoki, wygodę życia i język. Ale drugie tyle nie znoszę – pogody, pozostałych ludzi, płytkości i codziennej degrengolady społecznej. I tego jak trudno jest się z Ciebie wydostać. Tego jak wiele sił trzeba znaleźć, żeby porzucić wygodne życie, przejść przez kilka miesięcy cierpienia i w końcu móc się od Ciebie uwolnić.

A przecież i to jest jeszcze nie całkiem pewne! Stoję właśnie spakowany z myślą, że albo Cię opuszczę, albo Ty znowu spłatasz mi figla i wrzucisz mnie w sam środek kotła, do swoich trzewi – East Midlands. Nienawidziłem tej krainy, nienawidzę do dziś tego, co ze mną zrobiła. Więc niecierpliwie się tym co usłyszę w najbliższych dniach – czy będę Cię mógł w końcu rzucić i żyć swoim życiem, czy też znowu spłatasz mi figla i się od Ciebie nie uwolnię. Nie zrozumcie mnie źle – trafiając tam podjąłbym decyzję sam, jako opcję alternatywną. Wiem, że bym sobie poradził, ale nasze rozstawanie się tylko by się przedłużało.

Anglio, uwielbiam Cię i nienawidzę, zawsze będę do Ciebie wracać, ale … chciałbym już tylko wracać.

W każdym razie, niezależnie od tego co się stanie, przyszedł czas na pożegnanie z Cumbrią. Kumbryjska gościnność była nieziemska, wiem, że będę ją spłacał jeszcze przez długie lata, ale muszę już zerwać tę nić.

Czym dla mnie jest to miejsce? Cumbria jest o tym najgłębszym smutku, który następuje tuż po momencie absolutnego szczęścia, kiedy już wiesz, że niczego lepszego w życiu nie przeżyjesz. Cumbria to doskonała natura, potęga spokoju i ciszy. Widnokręg gra wszystkimi kolorami zieleni, a trzeba dodać, że zielono jest tutaj cały rok. Zielone pagórki mieszają się gdzieniegdzie z samotnymi, zielonymi drzewami. Zielone góry i niebiesko-szare niebo dotykają się czule tuż przy horyzoncie, więc czujesz się jakbyś czytał podróżniczy Harlequin, z tą różnicą, że pisany przez fenomenalnego pisarza-turystę. Cumbria to stanie samotnie w górach i wsłuchiwanie się w pierwszy z wiatrów. Rozłożone ręcę mogą chwycić dłońmi krawędź samego wszechświata, bo nawet natura wie, że mało jest miejsc piękniejszych na świecie.

Cumbria to mój dom przez ostatnich kilka miesięcy, zielona wyspa radości tuż za krańcem Europy. Ale i mój czyściec, do którego trafiłem, żeby wyleczyć się z tego, co zalęgło się w mojej głowie przez te miesiące. Trafiłem tutaj, żeby znowu w siebie uwierzyć i, chociaż zajęło mi to długi czas, udało się. Wróciłem do siebie i znów chcę walczyć o swoje. Zmarnowałem dwa lata, ale nawet marnując je czegoś się nauczyłem. Poznałem cudownych ludzi, widziałem swietne miejsca, nauczyłem się nowych rzeczy i emocji.

Teraz pora na mnie.

I gdy mówię ‘żegnaj Cumbrio’ mam na myśli ‘do zobaczenia wkrótce’. Wrócę tu jako turysta, czerpiąc w pełni z Twoich owoców.

A jednocześnie serce mówi mi ‘żegnaj Anglio’, i tak bardzo chce wypowiedzieć te słowa. Chcę rzucić Ci w twarz uśmiechem i przytulić na pożegnanie. Jesteśmy jak toksyczny związek, w którym strony zawsze do siebie wracają. Wiem, że jeśli tu zostanę, to tylko po to, by kolejny rok lub dwa walczyć z Tobą o siebie samego. Wygrałbym tę walkę, ale kosztowałaby mnie zdrowie. Wolałbym teraz powiedzieć Ci ‘żegnaj’ i ruszyć na poszukiwanie nowych przygód.

Pozwól mi na to.

Daj sobie powiedzieć ‘żegnaj’.

You may also like

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.