Niedźwiedź

http://cottagelife.com/wp-content/uploads/2012/08/RoaringBear-e1345647872296.jpg

Leżał na wznak.

Przybity, przygnieciony, stłamszony.

Powyginane gniewem ręce leżały obok, jakby starały się wykazać, że nie należą do niego. Jedno oko wpatrywało się w całkowitą czerń, do drugiego docierały tylko strzępki czarno-białych obrazów. W krtani rozwijała się powoli kulka gniewu, ale w ustach wciąz dominował gorzki posmak porażki. Na grzbiecie czuł jedynie podmuchy wiatru.

‘Rusz się’ – pomyślał i spróbował przywołać swoją prawą rękę. Nic. Lewą sprawdzał już wcześniej, ani drgnięcia. Gdyby nie regularne podmuchy wiatru, które przypominały mu o jego położeniu, czułby się jak w piekle powtarzalnego czyśćca. Któż by pomyślał? On – synonim brutalnej, zwierzęcej siły. Symbol władzy leśnej; książe runa, pan nad miodem, pilnujący dostępu do pierwotnej gawry. Dawniej nazywali go hartaggą, bo przerażał każdego w swoim zielonym królestwie. Teraz parszywiał pokonany, pogardzał sam sobą. Zupełnie jakby stracił duch swojego jestestwa.

Gniew wezbrał i falami zalewał mu wszystkie zmysły. Warknął nosowo i ucisk lekko się poluzował. Próbował wykorzystać okazję i wyślizgnąć się, ale wciąż nie czuł ani rąk ani nóg. Wiercił się zatem myślami, złorzeczył tej przeklętej sile, która go spętała. Wolałby Smorgonę od tego ucisku.

Słyszał bębny, wygrywające rytmiczną melodię. Dudniły bezustannie i w oczach wyobraźni widział rozszalały tłum walący w tam-tamy, gotów go porwać i zakończyć jego żywot. Był gotów stanąć naprzeciw i w ostatnim tchnieniu przekazać im melodię swego jestestwa. Zatańczyłby z nimi, choćby z kosą samej śmierci u szyi. Niech przybędą, byleby mógł im się postawić! Wiatr jeszcze wezbrał, owiewał go huraganowo, wściekle targając jego życiem. Pierwszy raz poczuł przypływ strachu. To będzie ten koniec. Więcej nie zdoła uczynić, nadejdzie jego kres. Bębny też przyśpieszyły. Teraz bardziej niż konfrontacji pragnął tylko władzy nad kończynami. I możliwości ucieczki. Coraz bliżej, coraz głośniej. Czuł na języku nie słodycz ukochanego miodu, a słono-gorzki smak strachu. Wysychał mu językiem, podniebienie obijał o własne serce. Zabrakło mu śliny, zaczynało brakować oddechu. Wiatr był już prawie nieustanny, dudniło śmiercionośnym rytmem. Waliło mu po oczach, zagłuszało myśli. Strach sparaliżował mu nawet powieki. Patrzył przed siebie i widział pustkę, czarniejszą niż środek zamkniętej pięści. Oczy wyschły mu i zmieniały się w dwie białe kulki w sparaliżowanym ciele. Odejdzie niewolnikiem nie tylko tej bezimiennej siły, ale też własnego przerażenia.

Wtem rozległ się krzyk, przeraźliwy, głośniejszy od wszelkiego dźwięku. Zamroził mu nawet oczy, które dotychczas starały się nadążać za krzywizną czarnego widnokręgu. Poczuł, że siła, która go trzymała zelżała. Zobaczył wpatrujące się w niego oczy. Niebieskie, łagodne oczy, każde wielkości jego pięści. Zobaczył w nich zaufanie i wdzięczność. Poczuł, że jest wolny. Desperacko starał się ruszyć i uciec, ale tym razem powstrzymał się sam. Spojrzał w niebieskie oczy i z trudem poruszył kącikami ust. Pokraczny uśmiech na jego strasznej, niedźwiedziej twarzy sprawił, że oczy – dotychczas wilgotne – przybliżyły się i położyły na jego brzuchu. Poczuł cały ciężar wszechświata, ale przestało mu to przeszkadzać.

W końcu był tylko niedźwiedziem pluszowym.

You may also like

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.