Me, myself and b-I-ke

me, myfself and I

Są takie dni, kiedy budzisz się i wiesz, że coś się stanie.

To uczucie, które sprawia, że już podczas samego otwierania oczu pobudzasz jednocześnie mięsnie przy policzkach i mimowolnie się uśmiechasz. Mam to szczęście, że najczęściej to uczucie spotyka mnie, gdy za oknem jest bezchmurnie. Promienie porannego słońca figlują przed moimi oczami, czasami obijając się o szybę tylko po to, by mnie przez chwilę oślepić.

Muszę w tym miejscu do przyznać – kiedyś byłem bardziej towarzyskim człowiekiem, dzisiaj bardziej cenie sobię samotność w takich chwilach. Te dni to moje największe sukcesy, kiedy podejmuje same dobre decyzje – i to takie, które dają mi ogrom radości, a często też wytyczają kierunek mojego życia na kolejne miesiące. Budzę się i chce to zachować dla siebie, nie mam ochoty latać do ludzi i tłumaczyć im, że dziś będzie bardzo ważne. Powoli przeciągam się w łóżku i patrzę w to figlujące słońce (tak naprawdę oszukuję, bo błądzę wzrokiem bardziej po chmurach niż po żółtym krążku na niebie, ale nie pasuje to do podjętej retoryki, hehe), powoli uśmiechają mi się też zmarszczki pod oczami. Moment na zorganizowanie, te wszystkie prysznice, ćwiczenia i bolesne przygotowanie na ludzki syf na ulicach.

W każdym razie ostatnio wydarzył mi się taki dzień. Pora na spore zmiany w moim życiu, pora na więcej zabawy. Trochę więcej uśmiechu i korzystania z życia. I więcej mnie w tym wszystkim. Moich pasji. Egocentrycznych, własnych, moich rzeczy.

Zacząłem od roweru. Pośrodku niczego, w górach północnej Anglii. Sam na sam ze swoimi myślami, z powiewem świeżego powietrza w nozdrzach. Chociaż tak naprawdę zacząłem trochę wcześniej, ale najpierw musiałem przejść małe katharsis po brudzie ostatnich miesięcy.

Me, myself and I at its finest.

You may also like

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.