Wybór

https://www.flickr.com/photos/flatworldsedge/11669522084

Mieszkając w Porto czasami siadałem nad oceanem i myślałem o przypadkowych rzeczach. Wpadł mi kiedyś do głowy pomysł opowiadania z pokręconą logiką; niezupełnie spójną, raczej na pewno kilkupoziomową. Miałem w głowie ułozony plan, ale na papierze wyszło trochę inaczej. W każdym razie po tych wszystkich latach dalej całkiem dobrze wspominam to małe opowiadanie mimo sporych niedociągnięć.

Polecam, #KrisKaletaRec’d

SZPITAL
Rozpłynę się w świecie, w którym nie ma granic. W którym za słowo nie idzie się do więzienia, a za uśmiech dostaje się tylko wzrok pełen aprobaty. Oddam się znów temu, co sprawia, że odczuwam niepohamowaną radość istnienia. Ten niespełniony świat zostawię innym, sam zrobię krok wstecz, do mojej głowy. Znów obejrzę ptaki, które nie są skrępowane. Znów wbrew innym zanurzę głowę w mej omylności, stracę kolejne chwile. Ale będę szczęśliwszy.

Ściany mają tylko jedną stronę. Tą, którą dotykasz. Są białe i nie ma na nich żadnych wzorów. Tworzą biel wszechobecną i przygnębiającą. To smutne, że uważają to za sposób na przywrócenie mnie do życia. Przecież za zakratowanym oknem widzę niebo i kilka drzew, to mi wystarczy. Resztę mam w głowie. Tam wciąż ptaki są wolne.

Mówią, że jeśli raz wyjedziesz to nie masz powrotu. Będziesz zawsze myślał o tym co było i mogłoby być. Będziesz zawsze wspominać i planować, nigdy i nigdzie nie poczujesz się do końca u siebie. Nie zrozumie tego nikt, kto nigdy nie dotknął ziemi, nie powąchał krzaków róży i nie skroplił twarzy wodą z górskiego jeziora.

Mówią „jeśli poznasz innych zrozumiesz siebie”. Starając się analizować i czerpać od innych doskonalisz siebie. Prowadzisz własną, niekończącą się epopeję. Żyjesz.

Mówią, że raz dostrzeżone pozostaje w głowie i nie może się z niej wydostać. Jak pamięć ejdemiczna ukrywa się to wrażenie gdzieś po zakamarkach umysłu. Obserwując świat dostrzegasz rzeczy, których nie zobaczy ktoś, kto całe życie spędza w jednym miejscu, niezależnie od tego czy jest to tłoczne i zawsze żywe Melbourne czy spokojna wioska w polskich Bieszczadach … a nawet szpitalna sala.

Mówią, że tylko przez dotyk i smak można zrozumieć innych. Ale nie wystarczy dotknąć i spróbować smaku. Trzeba otworzyć umysł.

Ja stałem się innym bez żadnego planowania, bez prób. Po prostu wyjechałem, a po pierwszym wyjeździe już na zawsze nim pozostałem. Po powrocie nie potrafiłem się dostosować do życia wśród rzeszy nieobecnych. Stwierdzili, że jestem niepoczytalny. Nie umiem myśleć, nie jestem dostosowany do życia w społeczeństwie. W końcu się mnie wyrzekli.

Stąd jedna strona ściany, pokój bez klamek.

HERBATA
Wyjrzał przez okno pocierając zarośniętą szczeciną brodę i podniósł szklankę herbaty do ust. Szklanka niczym relikt PRL opatulona była w metalowe ubranko, herbaciana zawiesina połyskiwała smutno spomiędzy dziur. Okulary, która zwykle trzymał schowane, teraz opierały się o jego nos, przez co sprawiał wrażenie dużo starszego niż był w rzeczywistości. W pokoju za nim, na starym kominku powoli dogorywał ogień. Spojrzał na rozżarzone drewna i powolnym krokiem podszedł do fotela naprzeciw. Podniósł książkę, która leżała półotwarta na oparciu i ścierając kurz przyjrzał się okładce.

POCZĄTEK
Świat nie zaczął się tak jak niektórzy sądzą. Nie wybuchł w wielkiej implozji, nie powstał z woli Pana. Nie zaczął się inaczej, niż tego październikowego ciepłego dnia, gdzieś na stokach Bieszczad…
Obudzony nagłym potokiem gorącego powietrza, które wdzierało mu się do płuc i uniemożliwiało oddech, otworzył oczy. Chciał krzyknąć, ale nie potrafił. Słowa ugrzęzły mu wewnątrz gardła. W którym momencie oddech jest wymogiem, czymś czego nie robisz intuicyjnie lecz z przymusem? Wiedział skąd to uczucie. Poczuł to, o czym opowiadali mu odkąd pierwszy raz ich spotkał, w ciemnej kawiarni na Kazimierzu. Pierwszy raz poczuł tę więź. Chwycił gałąź i podnosząc głowę spojrzał w przestrzeń nad głową. Rozumiał zieleń, słuchał wiatru. Czuł obecność Bieszczad, bezmiar piękna natury.
Uśmiech rozpłomienił jego twarz.

WYROK
Z rozmyślań wybił go dźwięk otwieranych drzwi. Wszedł pielęgniarz i podał płyn w małym plastikowym kubeczku. Bez słowa wyciągnął dłoń i wypił zawartość. Usłyszał krótkie chrząknięcie, które musiało oznaczać aprobatę i po chwili znów był sam. Lubił ten stan. Tuż przed zadziałaniem leków kładł się wzrokiem do okienka i powoli odpływał w świat nazywany przez doktorów imaginacją. Gdyby nie to, że sam to przeżywał byłby skłonny im uwierzyć. Bywali przekonywujący. Według nich nie istniał żaden inny świat, nie potrafili jednak zrozumieć prostego przekazu – tam SĄ inni ludzie, oni żyją tak samo jak my. Traktowali te słowa jak majaczenia starego dziwaka. A przecież tam był. Widział i dotykał, wąchał i smakował.

Nie akceptowali go więc postanowił dać temu wyraz. Nie rozumieli jego burzy w głowie, powtarzali wciąż jak slogany hasła „wróć do rzeczywistości, tutaj jest Twoje życie” i „oni nie istnieją, są w tylko w Twojej głowie. Wymarli, tam nic nie ma!”. A gdy podczas zajęć zaczął swoim studentem o tym opowiadać uznali go za niepoczytalnego i poddali obserwacji.
Wyrok?

Szpital. Próba leczenia, ciężka choroba psychiczna. Zdolności samobójcze, zagrożenie dla innych ludzi w społeczeństwie.

Pokój bez klamek.

CEL
Nie mówił ani słowa siedząc na kozetce. Wpatrywał się w obraz, który przedstawiał stary pomnik w jednym z europejskich miast. Postawny mężczyzna wskazywał jakiś kierunek i z dumą wpatrywał się w przechodniów. Zaciekawiony doktor spojrzał na niego i spytał o odczucia. Westchnął ciężko i z powrotem odwrócił wzrok. Odpowiedział półsłówkami, które wprawiły w zadowolenie człowieka w białym kitlu. Kilka stempli i pieczątek – mógł wyjść. Nic mu nie grozi, żadne zamknięcie. Tylko niech nie wyjeżdża bo to powoduje u niego problemy, które mogą skończyć się zupełnym okaleczeniem świadomości. I zamknięciem. Brzmiało jak wyrok, nieprawdaż?

Wyszedł przez ciężkie, drewniane drzwi i stanął w tłumie ludzi. Płynęli jak uczłowieczona rzeka, podczas gdy on – sam – stał jak głaz i próbował złapać oddech. Czuł, że tonie, że nic go nie ratuje. Tam, w oddali rośnie kępka trawy, na której może odpocząć! Oddał się temu uczuciu, poszedł przed siebie jednak poczucie dystansu do wymarzonego brzegu wprawiało go w lekkie poddenerwowanie. Zaczął iść szybciej i szybciej aż w końcu puścił się biegiem.

Biegł jak szalony najpierw pod prąd rzeki, by w końcu wpaść na ulice i lawirując pomiędzy samochodami dotrzeć aż do celu. Stanął jak wryty, pogrzebał rękoma w kieszeniach płaszcza i znalazł klucze. Wpadł do klatki schodowej i dużymi krokami wbiegał na górę. Usłyszał trzask drzwi wejściowych, minął zdegustowaną sąsiadkę i z trudem łapiąc oddech stanął przed drzwiami. Drugim kluczem otworzył je i wszedł powolnym krokiem do środka. Był zdecydowany. Dla nich pozostanie wrakiem, aspołecznym wyrzutkiem. A co, gdyby tam został? Jakby funkcjonował w permanentnej podróży, nie-miejscu, bez-domiu? Może to jest myśl? Trzymała go tu tylko ta pozbawiona wrażeń, męcząca praca, która miała być wyzwaniem, a była codzienną katorgą. Każdego dnia stawiająca mu pytanie – czy warto? Jak przetrwać do kolejnego wolnego dnia i wyjazdu i czy kiedyś to się skończy?

Otworzył szafkę i wyjął czajniczek, którego nie używał nikt od ostatniego jego pobytu w tym miejscu. Spojrzał na lśniące srebro powłoki i jednocześnie nalewając wodę dostrzegł swoją twarz. Skrzywił się, odwrócił wzrok i zakładając gwizdek położył czajnik na gazie. Nie wiedział co go tu przywiodło, ale był pewny, że było to konieczne.
Ruszył do pokoju i otworzył szafę. Nie był tu od ich pożegnania, wtedy dali mu te klucze. Nie wiedział co nim powodowało, ale wyciągnął czerwono-czarny plecak, który leżał spakowany od ich wyjazdu, kiedy sam – przestraszony perspektywami – stchórzył i uciekł. Dziś chciał znowu uciec. Tym razem za nimi. Żałował, że wtedy nie podjął decyzji – jedynej słusznej z perspektywy czasu.

Gwizdek wpasował się w klimat chwili, dając pierwsze akordy arii zmiany. Odłożył plecak i ruszył wolnym krokiem do kuchni.

BUNT
Nie pamiętam jak to się zaczęło. Po którymś powrocie przyszedłem do sali pełnej studentów i zrobiłem to co zwykle, usiadłem i po minucie zacząłem opowiadać o teoriach i ideach. Lubili moje wykłady, bo nie byłem ostry a jednocześnie potrafiłem trochę pożartować. Rozluźniający bełkot naukowy, codzienność na uczelni.

Wtedy jednak spostrzegłem, że nie widzę sensu w dyktowaniu tego samego kropka w kropkę co roku, dziesiąty rok z kolei opowiadając o tym samym. To nie miało sensu. Wszyscy słuchając wyglądali jakby byli zajęci czymś zupełnie innym – własnymi umysłami i potrzebami. Normalne. Większość osób na sali nie rozumiało słowa pisanego, a mimo to studiowali, bo tak. Bo można. Bo łatwo. Bo wypada. Nie rozumiałem dlaczego większość udaje, że słucha przy okazji wykonując milion innych czynności, które w jasny i klarowny sposób kłuły mnie w oczy mówiąc „czekam na ten żart, skończ te pierdoły”.

Wstałem i wyszedłem.

DECYZJA
Książka przypomniała mu to, o czym kazali zapomnieć. Zamknął ostatnią stronę i cicho westchnął. Wiedział już, że to ostatni dzień w tym szaleństwie. Wybrał drogę, która pozwoli mu osiągnąć tylko stan spokoju. Albo wygra, ale wygrają. Albo przegra, ale przegrają.
Spojrzał na palenisko, które teraz pomarańczowiało powoli. Z trudem podniósł się i położył książkę na stoliku obok fotela. Podszedł znów do okna i ruszył ciężką zasłoną, przez co powolna ciemność zakryła wnętrze pokoju. Przed wyjściem wszedł jeszcze do kuchni i odłożył szklankę na mapę, która leżała na stole. Położył ją na wysokości jakiejś wyspy.

Cóż.

Traf chciał.

NIE-TRAF
Otwórz swój umysł. Wyzwól swoje myśli. Daj się ponieść fantazji. Uwierz w niezwykłość. Stwórz swój Olimp.
A później wróć na Ziemię. Życie to dyktando ludzkie. Masa ludzka Cię ocenia. Wracam do matni, do nieprzyjemności istnienia. Wracam do więzienia schematów, do wiecznej konsumpcji tego co skonsumowane. Wracam na Ziemię, wracam do domu.

Śmieszna myśl. Dom, jako ten, który jawi się bezpiecznym schronieniem. Wracasz przekonany, że będzie możliwa kontemplacja i powrót w nieznane. Bezpieczny powrót stał się moim piekłem. Raz zawróciłem. Wybrałem to, czego się bałem. Dwukrotnie. Nie było trzeciej szansy.
A w radiu zachrypniętym głosem stara prawda – „większość z tego co dziś ważne na świecie za kilka lat utonie w klozecie.”. Urodziłem się o kilka lat za późno. Dziś moje ideały okazują się być urojone. Moje wspomnienia także. Wszystko co nie po linii jest urojone. Uroniłem łzę, lżony za nieprawdę ich ust. „Łżesz” wołali. Łżesz … łza.
Mógł spróbować podnieść się z klęczek wtedy, przy herbacie. Nie wiedział, że wyrok zapadł, myślał, że może jeszcze uda mu się z tego wyjść i pogodzi życie z tym o czym zawsze marzył. Mylił się.

Wyrok?

Pokój bez klamek.

WYBÓR
Rozmowa trwała dość długo. Nie mógł się zdecydować czy wybrać wyjazd i opuszczenie tego miejsca wraz z nimi czy może jednak spróbować pogodzić te dwie jego ambicje. Oni byli zdecydowani. Wyjazd, na zawsze. Może pomieszkają w konkretnym miejscu, może nie. Ale na pewno chcą spróbować. Wrócić – wrócą, na chwilę. Niebezpieczne jest pozostawanie w jednym miejscu dłużej. Ludzie zaczynają coś podejrzewać, tacy jak oni stają się niebezpieczni dla ideologów. Za dużo myślą, zbyt dużo wiedzą, bo zbyt dużo widzieli. Wstali, a jego czerwono-czarny plecak stał oparty o szafę. Przy drzwiach odwrócili się i patrząc NA MNIE spytali :

-Jesteś pewien?

Musiałem dokonać wyboru.

You may also like

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.